Na powrót zespołu Pulp na scenę fani zespołu czekali dziesięć lat. Podczas gdy na rodzimych Wyspach ciężko nazwać ich twórczość offową, każdy kto zetknął się z muzyką choćby tylko mainstreamową, potrafi zanucić „Common People”. W Polsce zespół jest prawie nieznany, włożony przez koneserów w szufladkę z fiszką „Manchester” obok Stone Roses, Happy Mondays czy The Fall. Dlatego wielu ogłoszenie Pulp jako jednego z headlinerów tegorocznego Openera było dużym zaskoczeniem. Pulp nie pasuje do żadnego polskiego festiwalu. Openerowicze w większości poznali ich muzykę dopiero w Gdyni, na OFF Festiwal są zbyt popowi, reszta eventów nie wchodziła w ogóle w grę. Ale zdecydowali się na to, żeby po dekadzie ich trzecim koncertem była wizyta w Polsce. Fantastyczny występ na tegorocznej Primaverze wzbudził zainteresowanie zespołem i podkręcił atmosferę, a nikt jej nie tworzy tak jak Jarvis Cocker.
Trudno było się spodziewać scenicznej aktywizacji reszty członków zespołu – tradycyjnie był to one man show. Zaryzykuję – był to nawet Live Bed Show (którego to zabrakło jednak w setliście), zespół grał bowiem sztandarowe utwory, których znakiem rozpoznawczym jest zgłębianie relacji damsko-męskich z emfazą na sferę seksualną.
Zaczęli od singla z płyty „His’n’Hers”, czyli „Do you remember the first time?”. Nie mieli jednak czego wspominać, dopiero poznawali polską publiczność, o czym Jarvis przypomniał sobie dopiero w połowie koncertu. Lider Pulp zmniejszał dystans na linii słuchacze-artyści kilkoma sposobami: najpierw dosłownie tłumaczył tytułu utworów („Róziowa renkawićka”), potem zszedł do publiczności i „szpiegował” chłopców i dziewczęta z latarką w dłoni. Charakterystyczny taniec Jarvisa, który jest wpisany w jego występ jak to, że bez marynarki i krawatu nie wyjdzie na scenę, zaskakiwał żywiołowością wśród strug deszczu. Podczas gdy często jego specyficzne ruchy mogą być nieco kiczowate, nawet irytujące, w Gdyni wydawały się zupełnie naturalne. Widać było, że Cocker doskonale czuje się na scenie, i że odświeżenie starych kawałków nie traktuje jako sposobu na pozyskanie kolejnych zer na swoim koncie, jemu po prostu sprawiało to ogromną przyjemność. Jarvis nie bawił się jednak sam, wraz z nim skakał wielki tłum pod sceną, zaproszony do tańca słowami: „Gdansk, are you gonna G-dance?”. Zabawą słowami ostatecznie udowodnił, że jest w świetnym humorze, i (co ważne) nie traktuje Polski jako zaściankowego i nic nieznaczącego przystanku na swojej trasie koncertowej.
Mocnym punktem występu Pulp była różnorodność setlisty. Ku zaskoczeniu fanów Jarvis nie zaprezentował tylko piosenek z „different class” i „His’n’Hers”. Zdecydował się zagrać pierwszy raz od 16 lat znane wielbicielom filmu Trainspotting „Mile End”, poprzedzone hołdem złożonym swojemu rodzinnemu miastu – Sheffield, a także rzadko rozpoznawaną balladę „Sunrise” z albumu „We love life”. Pulp nie zaryzykował jednak grania utworów z płyt „It” czy „Freaks”, uznawanych za słabsze w ich karierze (mniej popularne w każdym razie).
Zawód sprawił mi tylko jeden z najpiękniejszych utworów Pulp – „This is hardcore” z płyty o tej samej nazwie. Piosenka zupełnie niekoncertowa, ale niesamowicie emocjonalna, podczas której stojąc pod sceną miało się dreszcze, i to wcale nie od deszczu i zimna. Niezwykle ważne jest w niej intro, melodia, która wprowadza w znakomite strofy Cockera była po prostu w ogóle niesłyszalna. Okazało się, że zespół jest lepiej przygotowany do niepogody niż organizatorzy. Jarvis siedząc na wysokim bocznym głośniku, zza mokrych okularów krzyczał do ociekającej wodą publiczności „we’re all hardcore” i nie mógł tego skwitować dosadniej.
Niespodzianki nie było jeżeli chodzi o koniec koncertu. Standardowo zamknął go utwór „Common People”. Wbrew opinii niektórych portali muzycznych – nie był to bis, bisów Pulp niestety poskąpił. Między piosenkami Cocker powiedział, że na pewno zapamięta ten koncert. Wydaje mi się, że każdy kto na nim był również szybko o nim nie zapomni.
PS Zdaję sobie sprawę, że jako wielka fanka Pulp pisząc ten tekst mogłam być trochę tendencyjna. Wykrzesałam jednak z siebie maksimum obiektywizmu na jaki było mnie stać.
Aleksandra Berka

"Gdansk, DO YOU WANT TO gdance?" - tak gwoli ścisłości.
OdpowiedzUsuń"LIVE Bed Show". i "Different CLASS".
A "Sunrise" jest balladą od kiedy? Jeez, kto to pisał?
ja usłyszałam tak, ale mysle, ze teraz to nieweryfikowalne. literowki zauwazylam przed toba, ale dzieki za czujnośc. co do sunrise mozemy sie bic na gole klaty
OdpowiedzUsuńA według nme zapytał "Would you like to Gdance" - i komu tu wierzyć? :)
OdpowiedzUsuńAle jeśli już o ścisłości mowa, to hołd dla Sheffield był poprzedzeniem "Babies".