środa, 6 lipca 2011

Open'er inaczej

W trakcie openerowego szaleństwa muzycznego przyszło nam na myśl z naczelnym, że trzeba poszerzyć formułę New Anthem. Dużo u nas informacji, dobre i treściwe, ale tylko o jednym.Wyszło więc, że to ja jestem najmniej uzależniona od fejsbuka, że zawsze się spóźniam z recenzją fajnego kawałka czy płyty. Nie wspominając o koncertach, na które... ah szkoda gadać. Dlatego też ja zadebiutuję z nową rubryką. Tak więc nasi drodzy czytelnicy, od dziś macie szansę zacząć poznawać teksty w sumie o niczym konkretnym. O rzeczach mniej lub bardziej ciekawych, o tym, o czym mi się przyśni. Możecie doszukiwać się kunsztu artystycznego i talentu samej autorki. Jednak nie warto. Zaczynamy!

Nurtujący temat na dziś: inaczej o openerze

W kwestii festiwalów za dużo mówić nie mogę. Jestem wręcz debiutantką. Jednak do dziś wszyscy żyjemy w aurze Heinekena, więc i ja postanowiłam mieć swój wkład w szerzenie info o tym przedsięwzięciu. Open'er istnieje już 10 lat. Jak wszystko na tym świecie czasami zaskakiwał, czasami męczył. Miał swój moment geniuszu (rok 2009), a teraz po prostu miał swoje Coldplay. I to właśnie Coldplay (plus darmowy bilet) skłoniły mnie do udziału w tegorocznej edycji. Pierwszym problemem miały być dla mnie niesamowicie długie kolejki. Miały być wszędzie, miały mi się śnić. Miały być też problemy z ciepłą wodą i żarciem. No z prądem niby nie, ale to wkręciłam sobie sama. Ogólnie rzecz ujmując miały być, kurwa problemy ze wszystkim. Z takim pozytywnym nastawieniem zjawiłam się w czwartek w Gdyni. Na miejscu okazało się, że problemów nie ma z niczym. Kolejki są wymysłem chorej wyobraźni Budynia, wody ciepłej mam pod dostatkiem ( w sumie wody w ogóle jest dużo), nie umrę z głodu przez kolejne 4 dni. Idealnie sobie myślę, ale gdzieś musiał być haczyk. No to może coś nie tak z atmosferką na polu namiotowym. I tu również nie! Ochrona zawsze szczerze wspomogła, gdy rano włóczyłam się w poszukiwaniu namiotu. Nie ukrywam, że znajomości w ich sferze nawiązałam chyba najwięcej. Idąc tokiem problemowego myślenia sądziłam, że spotkam wielu nawalonych i obleśnych gości, dookoła mnie unosić się będzie woń zielska (no okej, to akurat nie problem), a z krzaków wyskoczy psychopata gwałciciel. Hm... nic z tego. Alkohol był wszechobecny, ale pijanych gości o połowę mniej niż po festynie parafialnym w Kcyni. Trawy w sumie nikomu nie brakowało, jednak panował swoisty ład i porządek w organizacji. Same pozytywy jak dotąd. Minęły mi całe 4 dni na tym, żeby doszukać się czegoś negatywnego... Piątkowa pogoda! no ale to nie jest zależne od organizatorów, więc nie skrytykuję. Znalazłam jednak ludzi, nieco wkurzających, tych którzy podobno dobrze się ubierają. Myślę sobie brawo. Ale właściwie większość z nich swojego stylu nie ma. Niby to żaden problem, bo dobrze dopasowane rurki w jaskrawym kolorze fajnie wyglądają z równie jaskrawą marynarką. Okulary czy to ray bany czy rej beny też twarzowe i dla każdego. Ale że czemu?

Wyrażam siebie poprzez mój strój mówi seksowny gej z dekoltem, to samo powie trochę mniej seksowny heteryk z tymże dekoltem. I nie zmierzam tu do płytkich uogólnień, ale po co to komu, co to za wyrażanie. Brakowało im tego pieprzonego stylu własnej osobowości. Jest to, co znajduje się na okładce, zero kreatywności. Trendy w Polsce są nieco opóźnione. Niby to się zmienia i ewoluuje. Podczas koncertu MIA widzę laski w gaciach, którym za moment wyskoczą zęby, bo nie nadążają ze zgrzytaniem. Są faceci, z torebkami pełnymi chusteczek higienicznych. Są nawet w deszczu lanserskie sandałki (no dobra, hitem okazały się kalosze w stylu powrotu do źródeł, ale sandałki też były). Są ci wszyscy, którzy patrzą z góry, założyciele szafiarskich blogów, ciągle pokazujących ten sam zestaw, ze zmieniającym się kluczowym elementem czyli paskiem (ale na festiwalu urządzają spotkanie dla „fajnych”) Przechodząc do sedna.
Czwartek – ciepło, bez wiatru, ogólnie rzecz biorąc zajebiście. Golfik, grube getry, na to kamizelka i kapelusz, koniecznie buty, w miarę ciężkie. Piątek – zimno w chuj, pada non stop. Lekka bluzka, ostro rozpięta, krótkie szorty i fajne, delikatne buty... znajdzie się też chusta (oh... pada). Sobota – pogoda się poprawia, strój też, tyle, że z powrotem na zimny, nie wspominając o niedzieli.
Żeby jednak nie było tak źle, na Heinekenie z kolegą Budyniem wyszukaliśmy fajnie ubranych ludzi, wpasowujących się w klimat. Szczególnie słodka była parka w stylu retro i laski w odjechanych rajstopach. Ci ludzie byli zaskoczeni naszym zainteresowaniem, chętnie pozowali do zdjęć, z pewną skromnością. Zwykłych też widzieliśmy i nawet takich w kapokach, które spodobały się Brodce. Czyli wychodzimy na pozytyw. Open'er według mnie prawie złych stron nie ma. W sensie organizacyjnym, bo muzycznie zdanie wypowiadają inni, szybsi z NA. :)


Kasia Tomczak 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz