niedziela, 10 lipca 2011

Coldplay na Openerze



Jest paru artystów, na których koncert czekamy całe życie. Nie dlatego, że są to wielkie gwiazdy, czy że słuchamy ich muzyki bez przerwy. Nie dlatego, że jesteśmy bezkrytycznie wierni ich dokonaniom, że nie dostrzegamy oprócz nich innych wokalistów czy zespołów. Raczej dlatego, że to oni w jakiś sposób ukierunkowali nas muzycznie; byli świadkami tego jak zaczynamy szukać dźwięków i ufać melodiom. Towarzyszyli nam w wielu ważnych chwilach i w ciągu paru sekund potrafili sprawić, że wydawało nam się, że grają tylko dla nas i śpiewają tylko o nas. Wiem, że Coldplay nie tworzy muzyki ambitnej, czy nawet takiej, która wpasowuje się w to, czego zwykle słucham. Jednak nie mogę zaprzeczyć, że tym o czym pomyślałam, kiedy dowiedziałam się, że to oni zagrają pierwszego dnia Openera jako headliner, było właśnie czekałam na ich koncert całe życie. Pytanie jednak - czy słusznie?

30. czerwca stawiłam się na polu festiwalowym przygotowana na każde możliwe niedogodności. Przed sceną główną ulokowałam się już około godziny 20 – jako że uwielbiam zespół The National ich występu również nie chciałam przegapić. Miejsca znalazłam prawie idealne – na środku, dosyć blisko sceny, jednak nie tak blisko, żeby barierki wbijały się w żebra. Zaraz jak tylko rudobrody wraz z zespołem zwinęli manatki, ekipa techniczna zaczęła dopinać na ostatni guzik koncert Coldplay (przeto fruwające motylki na ich występach nie biorą się z nikąd). Niestety, nie minęła minuta, a nagle tłum w pierwszym sektorze wyraźnie zgęstniał. Nie minęły dwie i nie było czym oddychać. Po trzech natomiast wyzwaniem okazało się podrapanie we własny nos. Wraz z upływem tlenu, ekipa moich znajomych, zaczęła się wykruszać i wędrować na boki i tyły widowni. Kiedy koniec końców i ja się na to zdecydowałam, nie było już odwrotu. Jedyną możliwością wydostania się z agresywnej masy ludzi było zdanie się na pana ochroniarza, który po kolei wynosił co bardziej zdesperowanych przez barierkę, zostawiając ich w tzw. rękawie – zupełnie naprzeciw sceny i schodów, którymi odważni wokaliści mogli dostać się do publiczności. I ja się tam znalazłam, przez moment mając i tlen i widok bardzo nieodległego Coldplay, grającego już pierwszy utwór – MX(intro)/Hurts like heaven. Niestety, moją fascynację bliskością zespołu przerwały służby porządkowe, które delikatnie i z gracją nakazały mi udać się w stronę wyjścia. Tak trafiłam gdzieś tam na bok, czyli w miejsce, w którym wraz z resztą fanów odskakałam i odśpiewałam piękne Yellow.



Nie dziwię się, że Chris Martin wyraził swoje zdumienie, iż ich menadżer nigdy wcześniej nie zaplanował żadnych koncertów w Polsce – tego, jak publika reagowała na każdy utwór, w zasadzie na każde słowo, nie da się opisać. Niesamowite wrażenie zrobiło In my place, kiedy to w czasie refrenu wyśpiewanego przez tysiące gardeł, z nad głów muzyków posypały się wspomniane kolorowe motylki. Potem zaserwowano nam najnowsze Major Minus, by za chwilę ponownie poderwać widownię znanym i chwytliwym Lost!. W ramach romantycznych uniesień i rozklejania serduszek Pan Wokalista zasiadł do pianina i przypomniał wszystkim płytę A Rush of Blood to the Head utworem The Scientist. Niektórym melancholia udzieliła się chyba za bardzo – parka stojąca koło mnie dość obsesyjnie przez całą piosenkę zajmowała się sobą – jeśli wiecie, co mam na myśli. Cóż, miejmy nadzieję, że nie rozstaną się zbyt szybko - szkoda by taki utwór zaczął im się niemiło kojarzyć. Kolejne propozycje setlisty – Shiver i Violet Hill nie przyniosły nieoczekiwanych zwrotów akcji (publika nadal szaleje, zespół nadal wymiata), jednak dopiero God Put a Smile Upon Your Face, pokazało, że każdy utwór może mieć drugie dno. Charakterystyczny gitarowy riff został tu poprzedzony akustycznym wstępem – nowa aranżacja odświeżyła trochę estetykę koncertu utrzymanego w konwencji ‘The Best of’ plus małe bonusy. Potem ponownie powróciliśmy do korzeni z Everything’s Not Lost by za chwilę móc słuchać nowego, pięknego Us Againts the World, w którym Chris stworzył bardzo udany duet wokalny z perkusistą – Willem Championem. Jeśli chodzi o ostatnią rotację z serii ‘stara piosenka (Politik) – nowsza piosenka (Viva la Vida) - jeszcze nowsza piosenka (Charlie Brown) – bardzo stara piosenka (Life is For Living) warto wspomnieć o propozycji z płyty Death and All His Friends. Występujące w Viva la Vida radosne oooooooooooooooo-oooooooooo stało się swoistym hymnem openerowskiej publiki uczestniczącej w koncercie (zauważyła to nawet sama obsługa, obserwująca wydarzenie zza tyłu sceny – pod nagranym przez jednego z technicznych filmikiem można przeczytać, iż nigdy nie słyszałem, żeby tłum tak głośno śpiewał).

Wiadomo, że Coldplay nie mogło zejść ze sceny ot tak po prostu – bisy były nieuniknione i ta kilkuminutowa nieobecność zespołu nie zdołała nikogo zwieść. Niedługo trzeba było czekać na Clocks, które stanowiło tylko wstęp dla prawdziwej bomby – Fix You. Tutaj najwyraźniej było widać kontakt muzyków z publiką. Światła latarek i telefonów wysyłanych przez tłum odbiły się przy końcowych wersach w fajerwerkach wystrzelonych nad sceną. Plus do tego jak zwykle - niby tylko jeden Chris Martin, a wokalistów nagle namnożyło się tysiące. Koncert zakończył się definitywnie kontrowersyjnym Every Teardrop is a Waterfall, które okazało się świetne w roli koncertowego szlagieru.

Potem były już tylko ukłony i próby ponownego wywołania zespołu na scenę. Jednak jak każdy wie – grafik grafikiem, rozkładu trzeba się trzymać. Widowni pozostawiono już tylko to, co sama zapamięta z pierwszego w Polsce koncertu Coldplay. A co zapamiętam ja? Na pewno początkowy dyskomfort w tłumie (ścisk i niepewność widowni zauważył notabene nawet sam zespół, jak można przeczytać na ich oficjalnej stronie). Na pewno to, że ze względu na swój debiut w naszym kraju, musieli zagrać wszystkie hity, co odebrało nam możliwość posłuchania na żywo perełek mniej znanych. Pewnie gdzieś tam po głowie poszwęda mi się jeszcze cień paru innych niedociągnięć czy też tego, że tym razem Chris podarował sobie bezpośrednie bratanie z publiką i nie opuścił bezpiecznej alkowy sceny.

Na pewno jednak nic nie zmieni faktu, że zapamiętam ten koncert jako jeden z tych, na które czeka się całe życie.
 
 Martyna Stefańska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz