Po dwóch latach Morrissey przyjeżdża do Polski, tym razem na dwa koncerty: w Krakowie i w stolicy. Jesteśmy po pierwszym występie, więc na świeżo parę słów o nim.
Supportem był brytyjski The Heartbreaks, czterech chłopców ciągnących się za Mozzem tego lata. Przez cały ich występ zadawałam sobie pytanie, na które chyba i oni nie znają odpowiedzi: jak pogodzić dwie rzeczy – to na kim się wzorują i to, na kim mają możliwość to robić. Każdy z członków zespołu grał jakby sam ze sobą, brakowało zgrania. Publiczności, która nerwowo rozglądała się po lokalu, nie porwał nawet ich najpopularniejszy numer Liar, My Dear. Wydaje się, że nie tylko z powodu niecierpliwego wyczekiwania na showmana wieczoru. Rozweselał jedynie perkusista ubrany w koszulkę polskiej reprezentacji, a którego fryzura i sposób poruszania się przypominał Michaela Palina z Pythonowskich skeczy o Arturze Putym. Jakkolwiek nie można odmówić im zaangażowania i energii, a frontmanowi talentu wokalnego.
Przejdźmy do meritum. Kto spodziewał się spektakularnego występu Morrisseya musiał doznać zawodu. 52-latek starannie opracował przebieg całego koncertu, jednak nie porwał widowni żadnym zaskakującym gestem. Nie było zdejmowania koszul i rzucania ich w publiczność, nie było wyznań. Co było? Po kolei.
Między supportem a rozpoczęciem koncertu Morrissey przygotował kompilację swoich ulubionych utworów oraz fragmentów wywiadów. Wyświetlił m.in. piosenki The Foundations, Nico i swoich ukochanych The New York Dolls, a także wywiady z Lou Reedem i wypowiedź królowej Elżbiety, przedstawioną dzięki temu w nie najkorzystniejszym świetle. Kiedy kurtyna opadła, zapaliły się czerwone światła i przy uderzeniach w bębny w napięciu czekaliśmy na wyjście (wiem, oklepane) ostatniego międzynarodowego playboya. Rozpoczął od hitu z dorobku The Smiths I Want the One I Can’t Have, ale jeszcze nie spodziewałam się jaki wydźwięk ma wybranie właśnie tej płyty. Następnie zagrał Irish Blood, English Heart, do którego zapewne odnosił się wywiad z królową, You Have Killed Me i One Day Goodbye Will Be Farewell , czyli największe hity z jego trzech ostatnich płyt. Starał się przedstawić po jednym kawałku z każdej płyty, była bowiem i Vauxhall and I (Speedway), i Maladjusted (Alma Matters), i Bona Drag (Ouija Board, Ouija Board). Nie pominął także jednej z jego najważniejszych płyt, Viva Hate, która nosi w sobie najwięcej klimatu The Smiths. Z tego albumu pochodzi, wykonany przez Mozza hit Everyday Is Like Sunday, zabrakło jednak wyczekiwanego Suedehead. Podobnie jak dwa lata temu, Morrissey promował także swoje nowe dokonania artystyczne. W Warszawie była to płyta Years of Refusal, w tym roku były to dwie nowe piosenki, które jeszcze nie zostały wydane na żadnym krążku. Scandinavia i Action Is My Middle Name przyjęte zostały jednak z ostudzonym entuzjazmem, mimo całkiem nośnego refrenu ostatniego utworu. Morrissey po raz kolejny oddał również hołd twórczości Lou Reeda, wykonując jego melancholijny cover Satellite of Love, po czym nazwał współtwórcę Velvetów swoim mistrzem.
Artysta wybrał dosyć stonowane utwory, w żaden sposób nie nadające się do szaleńczej zabawy, która (jakkolwiek nie całkiem stosownie) miała miejsce w Stodole w 2009 roku. Zatęskniłam za koncertem Lou Reeda z Sali Kongresowej, kiedy wszyscy w skupieniu słuchaliśmy wykonania płyty Berlin, siedząc na sali z powagą i należytym szacunkiem do sytuacji. Ale Morrissey śpiewał „ I want to see people, I want to see life”. Jakkolwiek przyczyną wywołania w publiczności nastroju wyciszenia, nostalgii i wzruszenia nie było (jak sądzę) słynne rozbuchane ego Mozza, które rosło w miarę wzrostu popularności jego już ikonicznej postaci. Okazało się, że Morrissey przybywa z misją, wciąż tą samą, która brzmi Meat Is Murder, a które zabrzmiało pod koniec występu, i właśnie na tę kwestie chciał zwrócić uwagę. Twórca przygotował specjalne wizualizacje, przedstawiające drastyczne sceny z uboju bydła. Na McDonaldzie i KFC nie pozostawił suchej nitki, a śpiewając „Do you care how animals die?” na tle wiszącej na jednej nodze krowy, z zespołem ubranym w koszulki z nadrukami “fuck fur”, przekonał po raz kolejny, że jego to rzeczywiście obchodzi, i że to nie tylko fanaberia. Na marginesie tą ostatnią można nazwać jednak doniesienia o odwoływaniu koncertów z powodu wyczucia zapachu mięsa w bułce któregoś z uczestników bądź zażądanie zdjęcia koszulki z napisem „eat meat”.
Zespół Morrisseya nie zmienił się od ostatniego koncertu w Polsce. Wciąż podtrzymuję opinię, że Mozz ma niezwykłego nosa do utalentowanych muzyków, którzy z jednej strony są tylko dodatkiem do wielkiego showmana, z drugiej zaś odwalają za niego całą robotę i to w fantastycznym stylu. Na uwagę zasługuje tu główny gitarzysta Jesse Tobias oraz perkusista Matt Walker, który odegrał niemałą rolę w budowaniu efektu grozy podczas Meat Is Murder.
Bis nie mógł zaskoczyć wielu, jak zwykle był to utwór z płyty You Are the Quarry, którego spektakularny fragment, bo trudno go nazwać refrenem, brzmiący:
„ Hector was the first of the gang with a gun in his hand
And the first to do time, the first of the gang to die”,
And the first to do time, the first of the gang to die”,
wypadł dość zabawnie przy ochroniarzach z napisem “hector” na plecach. 52-latek pozwolił sobie też na dość miałki żart, przed jednym z utworów opowiedział krótką historię o rybaku, który ma wyznać miłość swojej ukochanej, po czym oznajmił, że kolejna piosenka będzie zupełnie o czymś innym. Takich momentów nawet słabego rozweselenia było jednak niezbyt wiele, artysta zdawał się być zmęczony, w przerwie między utworami leczył swoje gardło Tantum Verde. O swojej kondycji zdrowotnej nie dał jednak w żaden sposób poznać, wystrzegając się najmniejszego fałszu. Tylko raz nie dokończył jednego słowa z wersu (bodajże, proszę mnie poprawić, jeśli się mylę) There Is the Light that Never Goes Out), a kiedy spostrzegł, że z upojeniem zrobiła to za niego publiczność, zdawał się nie być zadowolony. Może pomyślał, że pomnik, który sobie wybudował, już go nie potrzebuje, a jego muzyka obroni się bez jego udziału?
Nie wiem, czy mnie tak szybko upłynął ten czas czy ikona Manchesteru tak krótko grała. W każdym razie Morrissey przeprosił za tylko jeden bis (jakby to była nowość), ponieważ spieszy się do Warszawy na wizytę u psychiatry. Czekamy na Warszawę, która jest przecież „naprawdę CZYMŚ”.
PS Najpiękniejszym momentem było chyba I Know It’s Over z repertuaru The Smiths. „Oh well, enough said”.
Aleksandra Berka

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz