Niestety nie mogę porównać występów the National w małych klubach do tych festiwalowych, więc pozostawię sobie przestrzeń, w której zrelacjonuję zespół "Tu i Teraz", czwartek: pierwszy dzień festiwalu, godzina 20:00. Nieoficjalny support przed największą gwiazdą tej edycji, zespołem Coldplay. Nie było to skazane na porażkę, dla wielu wręcz przeciwnie, the National zagrało lepiej niż wyżej wspomniany twór Chrisa Martina
Od samego początku moje oczy same się zamykały i to nie przez nudę czy niewyspanie, ale przez chęć wczucia się w dźwięki wydobywające się z głośników. Koncert rozpoczął się najbardziej znanym numerem czyli "Anyone's Ghost" ( TV & Radio szaleją), publiczność oszalała w wyjątkowy sposób, bo nie było to szaleństwo tańca, tylko zachwytu nad tym co działo się na scenie. Żeby uzewnętrznić swoje emocje publika rytmicznie poklaskiwała. Działo się to stosunkowo często, co osobiście stawało się irytujące coraz bardziej. (wolałbym pośpiewać z tłumem niż ruszać rękoma co 3 minuty). Ale przecież to tylko mała plama w moich oczach na obrazie całego tego wydarzenia. Żeby nie być małostkowym ( co się może zdarzyć) wspomnę, że po numerze pierwszym zespół zagrał kolejne numery zasługujące na kilkustronnicowe opisy, bo było to tak dobre, tak świeże w swojej dojrzałości i tak wzruszające w energii.
Zatrzymam się jednak na pewnym, ważnym dla tego koncertu (ważnym dla mnie) momencie. Wśród kilku "smutasków" mogliśmy wynaleźć autentyczny ogień i aktywne ruszenie nóżką w przód i tył : "Mr. November", istna radość, poruszenie i wszystko co składa się na dobry koncert, wtedy nawet nowicjusze poczuli "jednak dobrze, że tu jestem", Wszyscy ze strefy gastronomicznej powinni czym prędzej przybiec pod scenę, stanąć. Otworzyć szeroko usta ( bo można i tak) i krzyknąć głośno swoje marzenia, najgłośniej jak się da, taki był dla mnie ten moment, ta chwila. Taka chwila trwająca jeszcze do końca dnia i do dzisiaj. Dlaczego ? Po prostu czasem brak słów, brak chęci do powiedzenia...po prostu to było to. Drugą perfekcyjną chwilą było zagrania "Fake Empire", rytmiczne klawisze, początkowo spokojny głos wokalisty i ten nastrój, udzielający się stopniowo wszystkim. Czujemy się jak jedna wielka rodzina pod nazwą "The National" chcemy mieć wspólne dzieci, wychowywać je i opowiadać co się właśnie dzieje, dlaczego jest to tak pięknie jak pierwszy wiosenny dzień. Trąbka występująca momentami była tylko idealnym dopełnieniem, po raz kolejny zamknąłem oczy, to była najpiękniejsza ciemność ostatnich miesięcy, najwspanialszy soundtrack tego obrazu.
Czy ktoś oczekiwał takiego zakończenia ? Takiego smutnego i poruszającego. Dobrze, finał był uhonorowaniem wszystkiego, całego święta, godnego cierpienia (?) bez ryzyka, z chwilą refleksji oraz tego, że to właśnie koniec. Pojawiało się pytanie "Iść dalej, zostać. Nieważne"
Nieważne. Po koncercie dużo rzeczy stało się nieważnych, napisanych na marginesie. Zbyt piękne żeby było prawdziwe ? Może na nowo stałem się dzieckiem.
Przemek Budnik

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz