Wiadomość o tym, że to właśnie The Strokes będą headlinerem ostatniego dnia jubileuszowego Open’era spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Skacząc z radości po mieszkaniu, miałam nadzieję, że powtórzę ten radosny proceder 3 lipca. Udało się?
Setlista.
Utwory zostały dobrane naprawdę dobrze, prezentując przekrój dotychczasowych dokonań zespołu, zaczynając na New York City Cops, przez Reptilia i Juicebox, po utwory z najnowszego albumu. Nie mogło oczywiście zabraknąć największych hitów, takich jak You Only Live Once, Last Nite czy ostatnie Under Cover Of Darkness, do których po prostu nie sposób było stać w miejscu (chociaż zdarzały się i takie przypadki, o czym trochę później).
Nagłośnienie.
Nie do przyjęcia jest, aby nagłośnienie sprawiało problemy na festiwalu tego formatu, w dodatku w trakcie występu głównej gwiazdy dnia. Czy to wina akustyków, czy złośliwość rzeczy martwych – tego zapewne się nie dowiemy… Na szczęście pewne niedociągnięcia zdarzały się tylko momentami, chociaż chwilowe buczenie mikrofonu Casablancasa było, powiedzmy, małym zaskoczeniem.
Julian.
Wbrew temu, co wyczytałam w festiwalowej gazetce, do formy Juliana nie można było się przyczepić. Dość nonszalancki stosunek do koncertu i publiczności to raczej jego znak rozpoznawczy i trudno mieć mu za złe, że sprawia wrażenie nieobecnego duchem, bo tak samo zachowuje się nawet podczas bezpośrednich wywiadów. Najbardziej obawiałam się raczej o wokal, jak się okazało – zupełnie niesłusznie. Do dzisiaj nie mogę wyjść z podziwu nad tym naturalnym efektem starej kasety. Pierwsza klasa!
Kontakt.
Po pierwsze – kontakt wokalisty z publicznością. Casablancas rzucał co jakiś czas banalne you’re the best i inne podobne koncertowe frazesy, ale to po prostu jego styl i mnie jako oddanej wielbicielce ten brak osobistego sentymentu niespecjalnie ruszył. Tak to z nim jest. Poza tym, wspomniał też o występującej po zespole M.I.A. czy czwartkowym Coldplay i mnie ta odrobina zainteresowania w zupełności wystarczyła. Zwieńczenie tego stało się, gdy Julian wskoczył w tłum (dlaczego mnie tam nie było?!), a pod koniec koncertu oddał mikrofon któremuś szczęśliwcowi, który dokończył ostatnie wersy Take It Or Leave It.
Po drugie – kontakt muzyków między sobą. Tu faktycznie wyczuć można było pozornie wyczuć dystans między nimi, nie do końca poczułam tego zespołowego ducha, który powinien towarzyszyć przy koncercie, chociaż pewne gesty były istotnie ujmujące, np. Julian zasłaniający oczy Albertowi w trakcie gry (brawo Albert!).
Publika.
Stając przy barierce prawego rękawa, miałam nadzieję na bezpieczne miejsce do poskakania, chwycenia się poręczy w razie zbyt dużego szaleństwa, dodatkowo z dobrym widokiem na scenę. Poziom adrenaliny w ostatnich sekundach przed wyjściem zespołu podskoczył mi do niebezpiecznego poziomu, więc po wyjściu muzyków na scenę dałam upust mojemu entuzjazmowi… a większość towarzystwa wokół mnie stała jak przy otwarciu wystawy bałkańskiego rękodzieła. W zasadzie dalej nie było dużo lepiej. Naprawdę żałowałam, że nie zaryzykowałam utraty żeber i nie pokusiłam się o zmianę miejsca bliżej sceny, gdzie skakały i śpiewały moje bratnie dusze. Może musiałabym wyciągać szyję, aby cokolwiek zobaczyć, ale przynajmniej bawiłabym się w towarzystwie ludzi, który umieli zanucić przynajmniej wers którejś piosenki i przyszli się dobrze bawić, a nie zajmować pozycję jak na Dniach Kozłowa na koncercie lokalnego koła gospodyń wiejskich. Pozdrawiam serdecznie.
Okulary.
…utracone przez Juliana przy ostatnim skoku w publiczność. Nadal nie ma ich na Allegro. Swoją drogą, ciekawa jestem, czy kontynuowałby koncert bez szkieł na nosie, z którymi praktycznie się nie rozstaje, czy miał może w kurtce zapasową parę...?
Wizualizacje.
Minimalistyczne, geometryczne, proste, z nawiązaniem do Pac-Mana, Tetris i Arcanoid. Dokonale dobrane do każdego utworu.
Werdykt?
Można by wyliczać mankamenty, wytykać palcami wszystko, co było nie do końca zgodne z oczekiwaniami, ale Casablancas to nie Cocker, który prowadzi praktycznie dialog z publicznością; to nie Prince nawołujący o wyznania miłości do niego; to też nie Martin, aby nad sceną zabłysły fajerwerki. Wszystko odbyło się w strokesowym stylu, a dla takich jak ja było to przecież spełnienie marzeń. Fajerwerków może i nie było, ale całkiem spore zimne ognie – na pewno.
Monika Ziobro


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz