Szum wokół Afro rozpoczął się z wydaniem singla „Wiążę sobie krawat”. Nie dlatego, że jest superkontrowersyjny czy niesamowicie ambitny. Powodem wzmożonego zainteresowania grupą była Lista Przebojów Trójki, w którym to boju o miejsce na podium wziął udział wspomniany, całkiem dobry „Krawat” (zwłaszcza muzycznie – tekstowo „to już nie to, co w ‘96”). Zespół stając w szranki o wysokie pozycje na liście, wrzucał na swoim facebookowym profilu krótkie rymowanki, rzecz jasna dotyczące głosowania. Cierpkie i niewybredne rymy, płynące z POPULARNEGO PORTALU SPOŁECZNOŚCIOWEGO, nie miały być poezją śpiewaną, miały być poezją tyrtejską. Afrojax, dobrze wiedział jak wygląda jego potencjalna publiczność i jak umiejętnie połechtać ją za uszkiem. Przykład:
„milioner leci do rio, polityk mówi do masy,
anglicy pod oknem wyją, pod presją wciąż ślęczy student,
buchalter liczy wyniki, a dziwka liże kutasy,
ja piszę swoje wierszyki i w kącik gdzieś wymiotuję.”
Szelmowski plan Hoffmana został wychwycony przez samą radiostację. Afrojax skomentował potem sytuację, również na facebooku, niewinnym „a my myśleliśmy, że nagraliśmy po prostu dobry kawałek”. Tak czy inaczej singiel dotarł na czwarte miejsce, obecnie plasuje się na 10. pozycji.
Na wczorajszym koncercie Afro Kolektywu nie mogło obyć się bez odniesień do całej sytuacji. Publiczność (przepraszam za generalizację) krzyczała „wiersz, wiersz”, Hoffman się wkurzył i rzucił rym kończący się na „pocałujcie mnie w pośladki”. Na koniec uznał, że to koncert, a nie slam poetycki, tu się gra „MUZYKĘ” (podkreślenie – Michał Hoffmann). Nie jestem pewna czy w twórczości tego zespołu rzeczywiście melodia ma być postawiona ponad słowo.
Koncert miał mieć konstrukcję paralelną, tj. na wstępie Afrojax z dumą oznajmił, że zagrają naprzemian nowe i stare piosenki. Nic z tego oczywiście nie wyszło, nie tylko, jak mniemam, z powodu przerw technicznych i „na siku”(autentycznie). Jak zwykle nie obyło się bez porównań do rodzimej sceny muzycznej (D4D) i bez obscenicznych ruchów wokalisty. Afro lubi zaskakiwać. Do wykonania utworu „Przepraszam” z ostatniej płyty „Połącz kropki” zaprosił chórek, w którego skład wchodziły Kinga Miśkiewicz (żona lidera) i jej siostra – Sandra. Zapowiedziane już na początku koncertu bisy, jak u starych dobrych Świetlików, również nie mogły się odbyć w rutynowy sposób – Hoffman śpiewał „Karla Malone’a”, równocześnie grając na perkusji, były także aranżacje hitów z „Płyty Pilśniowej” w konwencji reggae.
W nowych piosenkach, które mają pojawić się na płycie, czyli koło jesieni, widać zależność: jeśli piosenka jest ciekawa muzycznie, wówczas tekst schodzi na dalszy plan. Melodie komponowane przez najnowszego członka zespołu, basistę Rafała Ptaszyńskiego, to już bardziej stonowane gitarowe brzmienie. W tekstach wciąż pachnie dosadnymi sformułowaniami, opartymi na obserwacji niuansów relacji międzyludzkich. Nie brakuje też wątku rozczarowania miłością i współczesnym stylem życia (widoczne w piosence „Mało miejsca na dysku” czy „Może herbatki?”). W nowych utworach da się zauważyć odejście od „jazzowego” hip-hopu, widać, że zespół chce się zmieniać i robi to. Większość tekstów odnosi się więc do nich samych, ironicznie przedstawiając swoją sytuację na rynku muzycznym. W jednej z piosenek Afro posługując się stereotypami, związanymi z płcią, przedstawia brak możliwości pozwolenia sobie na błąd. Zespół zdaje sobie sprawę, że czwarty krążek to już nie przelewki, że każdy ich ruch jest obserwowany. Buduje swoje exegi monumentum, przeplatane wyróżnikiem ich tekstów – Autoironią przez wielkie A. Z drugiej strony Afro Kolektyw ma duże ambicje, liczy na to, że nowy album „pozwoli powiedzieć branży, że teraz to oni dyktują warunki”, jak bez fałszywej skromności stwierdził Afrojax w wywiadzie dla radiowej Czwórki.
Aleksandra Berka

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz