Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 listopada 2011

Cool Kids of Death “Plan Ewakuacji” refleksje na temat


Miesiąc z hakiem po wydaniu płyty. Słuchacze i znaczący Inni dla polskiego p r z e m y s ł u  m u z y c z n e g o skończyli zaciekłe boje, a z twarzy internautów zeszły wypieki ekscytacji (bunt czy nie bunt?).

SKRÓT:
Głównym zarzutem stawianym zespołowi było odstąpienie od niegrzecznego punk rocka, dominującego na płycie pierwszej i drugiej. Zarzuty odpierano posunięciem się w latach członków CKOD, chęcią pójścia z duchem czasu czy, jak kto woli, odświeżeniem brzmienia. Obrona stała się pretekstem do kolejnego ataku: komercja, frajerstwo.

TERAZ JA:
Odnosząc się do meritum, czyli do Planu Ewakuacji, zaznaczyć należy, że przesunięcie w stronę elektroniki, jak widać znienawidzone przez tru fanów, dokonało się już na Afterparty. Prawda, że ostatnia (podwójne znaczenie) płyta charakteryzuje się linią melodyczną zdecydowanie uboższą, żeby nie powiedzieć momentami banalną czy infantylną (chociażby tytułowy utwór). Racja, że coś często zgrzyta: kulą w płot było wykorzystanie skądinąd fatalnego wokalu nie-Krzyśka w Na kredyt, gdzie mimo tekstu (który jest jaki jest), z takim shoegazowym brzmieniem mogło być naprawdę czymś.
Jakkolwiek nie zauważam utraty programowego buntu CKOD. W tekstach wciąż podmiotem jest młody anarchista („wybijamy kamieniami okna działkowych altanek”) czy zawiedzionego rzeczywistością dekadenta („jak na kogoś komu jest tak źle wyglądasz całkiem dobrze”). Szkoda jednak, że tego fin de sieclu jest na Planie tak mało.

Dla mnie ten album jest bardzo niespójny, mam wrażenie, że CKOD w pośpiechu sklecili kilka pomysłów i na szybko chcieli zakończyć ten rozdział w swoim życiu. Nie wykluczam też, że całość jest traktowana przez Kidsów jako żart: chociażby Wyłącz to. Wtedy ironicznie trzeba by interpretować też deklaracje Wandachowicza, że to ich najlepsza płyta.

No to dlaczego mam kilkadziesiąt odtworzeń sekwencji Karaibski – Plan Ewakuacji – Wiemy Wszystko? Karaibski naprawdę chwyta, bardzo kulkowy, a co do reszty, to chyba wreszcie znalazłam swoje guilty pleasure.

Aleksandra Berka

poniedziałek, 31 października 2011

Krzyż zdjęty ze ściany. Justice - Audio, Video, Disco

Na palcach jednej ręki można wymienić zespoły, które z miejsca stały się legendą. Jednym z przykładów jest Justice. Francuski duet po wydaniu swojego debiutanckiego albumu w 2007, roku zainicjował pewnego rodzaju rewolucję. Ludzie, którzy na co dzień nie słuchali tego typu muzyki, zaczynali zmieniać zdanie. Można zaryzykować stwierdzenie, że Justice skomercjalizowało europejską scenę elektro.

Dziś, po wydaniu Audio, Video, Disco, widać, jak dużą popularnością cieszy się zespół. Była to jedna z najbardziej wyczekiwanych premier tego roku. Ulubieńcy kultowej już wytwórni Ed Banger Records długo kazali czekać na następcę całkiem dobrego debiutu. Z przykrością muszę napisać, że zespół zawiódł na całej linii, chociaż początek  jest całkiem obiecujący. Otwierające Horsepower to ciekawy, mocny i żywiołowy utwór z dużym, wręcz stadionowym rozmachem. Po nim słuchamy pierwszego singla – Civilization. Utwór znany z reklamy pewnej niemieckiej firmy sportowej. Jest dobrze. Wydaje się, że Justice udowodnili swoją wielkość. Dwa bardzo dobre kawałki… A później wieje nudą. 


W zasadzie nie ma co pisać o utworach Ohio czy Brianvision. Ja przynajmniej nie odnajduję w nich niczego interesującego, są nijakie i wtórne. Wszystko to gdzieś już było. Honor Gasparda Augé i Xaviera de Rosnay ratują świetne Newlands i Helix, które zdecydowanie różnią się od poprzednich piosenek. Gdyby wszystkie kompozycje na płycie były tak udane, to mielibyśmy poważnego kandydata na najlepsza płytę elektro roku. Niestety, tak się nie stało. Album zamyka drugi singiel Audio, Video, Disco, jednak nie jest to singiel tak udany, jak Civilization, jest po prostu słaby. Dużym (jeśli nie największym) plusem albumu jest okładka, co dość obrazowo pokazuje słabość kultowej grupy. Odnoszę wrażenie, że zespół zbyt bardzo skupił się na robieniu muzyki „pod stadiony” - chyba nie tędy droga. Po wielokrotnym przesłuchaniu albumu mogę z pełną świadomością oświadczyć, że nowym królem Ed Banger Records jest SebastiAn, którego wydana na początku roku płyta Total, przewyższa pod każdym względem nowe dzieło bardziej znanych kolegów z wytwórni. Miejmy nadzieje, że aranżacje na kolejnym albumie Justice będą zdecydowanie lepsze. Stać ich na to co udowodnili na swoim debiucie.

Na obronę znanych DJów mogę powiedzieć, że cała płyta zdecydowanie lepiej zabrzmi na koncertach. Bardzo chętnie bym to sprawdził, tak więc czekam na koncert w Polsce.

Paweł Podgórski

czwartek, 27 października 2011

Hurry Up, We're Dreaming

To była jedna z najbardziej oczekiwanych płyt. Szkoda, że najbardziej zawiodła.

Kosmos, galaktyka spiralna M83 - inaczej zwana południowym wiatraczkiem. Francuski projekt do nazwy zainspirowała wizyta na dziale astronomii w bibliotece. Nieśmiały Anthony Gonzalez to mózg operacji dźwiękowych. Do swych działań dobiera sobie współpracowników. Tym razem padło na producenta Justina Meldal-Johnsena (grającego też na basie u Becka), Zolę Jesus, Brada Lanera czy Morgan Kibby. Zdawałoby się, że z tego dream teamu mógłby powstać dobry dream pop – jednak mimo niezłych składników coś nie wyszło.

Od wspaniałego Saturdays=youth minęły trzy lata, w tym czasie Gonzalez trochę się zmienił. Przeprowadzka do słonecznego Los Angeles oraz koncertowanie na trasie z Depeche Mode czy The Killers, w zauważalny sposób wpłynęły na muzyka. Zaczął się porównywać do innych zespołów i stwierdził, że się brakuje mu rozmachu. Zbliża się do trzydziestki, a pragnie znowu mieć piętnaście lat. W efekcie ten konflikt odcisnął się na podwójnym albumie, który miał podsumowywać dotychczasowe dokonania M83. Wszystko się pomieszało dość nieskładnie i można powiedzieć, że tak brzmi epickie przekombinowanie.

Szczerze pogubiłam się w ogromie emocji, jakie zostały wpakowane na tę płytę. Pełny odsłuch 22 kawałków jest wyzwaniem, które nie gwarantuje błogich doznań, a chwilami męczy. Za ładną okładką kryje się EPICKI (a jakżeby inaczej) koncept: połączenie nostalgii za marzeniami z fascynacją okresu dorastania. Zdaje się, że Anthony nasłuchał się The Smashing Pumpkins w wersji Mellon Collie and the Infinite Sadness i chciał to połączyć ze swoim zamiłowaniem do soundtracków. Niestety, postanowił sobie też poeksperymentować, zwłaszcza z własnym głosem. Tak, chodzi mi o te onomatopeiczne trajkoczące jęki, których jest za dużo. Dochodzą do tego wcześniej nieużywane instrumenty jak np. syntezator, gitara akustyczna czy saksofon. W tym momencie boleję nad tym, że głosy i historie w tle - giną w turbo produkcji. Szepty zostały zagłuszone przez elektroniczną nakładkę.



Są kawałki żywsze, które krzyczą hurry up, reszta w zamiarze powinna skłaniać do dreaming. Oba hasła ciągle się przeplatają. Mocne momenty pojawiają się na początku – mamy Intro (zasługa Zoli) oraz chwytliwe Midnight City. W okolicach Wait czuję wrażliwość Coldplaya, która mnie nie ujmuje. Potem przychodzi dziecko opowiadające o żabie: może i jest urocze, ale raczej nie adoptuje. Instrumentalne jednominutowe przerywniki jakoś szczególnie nie urozmaicają całości, przypominają tylko o płycie Before The Dawn Heals Us. Podoba mi się za to Steve McQueen oraz OK Pal. Wrażenie robi utwór Echoes of Mine do którego potrzebuję tłumacza i błagam o wideoklip do niego. 

Ciekawa jestem jak materiał wypadnie na żywo w Katowicach , gdzie M83 występuje w ramach Ars Cameralis (Klub Hipnoza, 27-ego listopada). Koncert wyprzedany, więc pozdrawiam. Odnosząc się do tytułów albumów: nie ma co się spieszyć, młodość została przy sobocie i powoli ucieka w bliżej nieznanym kierunku.


Gosia Gburczyk

poniedziałek, 24 października 2011

Nieślubne dziecko Coldplay: Mylo Xyloto

W końcu światło dzienne ujrzał ochrzczony ponownie przez Briana Eno nieślubny owoc romansu Coldplay z electropopem: ich piąty album studyjny o enigmatycznym tytule Mylo Xyloto

Kolejna płyta, kolejna zmiana image’u i kolejny krok w zupełnie inną stronę. Tak naprawdę, jeśli chodzi o tę londyńską czwórkę, ciężko jest w zasadzie cokolwiek przewidzieć. Zaczynając od wyjątkowego debiutu, poprzez rewelacyjny drugi album, elektroniczne eksperymenty przy trzecim i folkowo-rewolucyjne inspiracje Viva La Vida, po piątym krążku można było spodziewać się wszystkiego. Co tym razem? Rosyjskie pieśni ludowe? Mongolski śpiew gardłowy? Podczas gdy zespół kusił co jakiś czas detalami, jedni przewidywali katastrofę, a inni namiętnie trzymali kciuki za wenę twórczą Martina i wróżyli sukces. Jak wyszło?

Nie da się ukryć, że Coldplay zostali przez ostatnią dekadę odarci ze swojej pierwotnej lekkości. Mimo to, Mylo Xyloto w sporej części pozytywnie zaskakuje brzmieniem przypominającym klimat Parachutes, czego brakowało w ostatnich albumach. Wbrew pozorom właśnie takie utwory jak Us Against The World, przyjemnie akustyczne U.F.O., subtelne Up In Flames czy Up With The Birds z samplami Leonarda Cohena, nadają mu charakteru i dają nadzieję na to, że zespół nie odwrócił się zupełnie od swoich starych, najbardziej szczerych dźwięków. MX to jednak wydawnictwo bardziej złożone i niemalże eklektyczne, w którym znalazło się miejsce dla lepszych i gorszych utworów z zupełnie innej muzycznej beczki. Do tych pierwszych zaliczyć można przede wszystkim przemielone przez syntezator, ale absolutnie wpadające w ucho i wręcz taneczne Hurts Like Heaven, zdradzające inspiracje nurtem new-wave, żeby nie powiedzieć… disco. Bez wątpienia jednym z największych hitów tego albumu będzie ostatni singiel Paradise, który potwierdza regułę, że zaraźliwe sylabizowanie się sprawdza (vide: Umbrella [sic!]). Mówiąc o singlach, naprawdę niezłym utworem wydaje się Every Teardrop Is a Waterfall, które jako utwór zamykający tegoroczne koncertowe sety wywołuje w publiczności niemal euforię, ale czar pryska i lekki zawał serca przywołuje wspomnienie Ritmo De La Noche. Sample samplami, być może lepiej po prostu o tym nie pamiętać. Tegoroczni Openerowicze przyznają, że koncertowo sprawdza się również Major Minus i Charlie Brown, w tle ze swoimi tybetańskimi szantami (i o którym sam Chris Martin przyznał: lyrics are a bit shit). Nieco niepotrzebne wydaje się wydzielenie osobnych przejść, takich jak M.M.I.X., A Hopeful Transmission czy tytułowego MX, które spokojnie mogłyby być rozbudowanymi intro lub outro do sąsiadujących utworów.


Album ma także pewien akcent, któremu warto poświęcić osobny akapit. Mowa o Princess Of China, który nie można nazwać złym utworem, ale biorąc pod uwagę, kto jest jego autorem, wydaje się to po prostu egzotyczne. Ogromne grono słuchaczy na pewno wolałoby bowiem przeprowadzić zamach stanu, niż zaakceptować Rihannę jako koronowaną przez sam zespół księżniczkę Chin. Wśród najlepszych światowej sławy wokalistek znalazłoby się na pęczki takich, które zgodziłyby się za złamany grosz udzielić swojego głosu w tym duecie… ale to właśnie dla niej znalazło się miejsce pod zespołową parasolką. Czy aby na pewno aż tak pada (ich popularność)? 

Mylo Xyloto to ponad wszystko dobry album, łączący zabawę coraz to nowymi inspiracjami z klasycznym coldplayowym brzmieniem. Można by wytykać zespołowi parcie na mainstream, wykorzystywanie sampli i romansowanie z kulturą brutalnie popularną, ale nie można odmówić im tego, że nawet z ciężkim oddechem EMI na szyi potrafią zachować charakter. Tylko czy tego charakteru wystarczy im na długo?

Monika Ziobro

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Eddie Vedder - Ukulele Songs

 


Jesteś na Hawajach. Słońce powoli zachodzi nad oceanem. Leżysz na hamaku między dwiema palmami i leniwie sączysz drinka. Cały wieczór słyszysz tylko dźwięki małego, słodkiego ukulele oraz charakterystycznego barytonu. Chce Ci się spać... Twoje powieki stają się coraz cięższe... Zasypiasz... zZzZz...

Pan Vedder zadebiutował z ukulele w 2000 roku na albumie "Binaural" Pearl Jamu. Przedostatnim utworem tej płyty jest humorystyczny, świetny "Soon Forget". W kolejnych latach lubił czasami wykonać skok w bok od rockowego grania i stanąć samotnie na scenie z instrumentem. Pierwszym efektem była świetna ścieżka dźwiękowa do filmu "Into The Wild", gdzie Eddie zagrał na każdym instrumencie samemu. Tym razem cały album nagrany został w zasadzie tylko przy użyciu różnych odmian ukulele.

"Ukulele Songs" otwiera krótkie i żywiołowe "Can't Keep" z płyty "Riot Act" PJ. Wersja na ukulele była prezentowana już wcześniej. Usłyszeć ją można m.in. na koncertowym albumie "Live at the Benaroya Hall" z 2003 roku. To jeden z lepszych utworów na płycie. Szybkie tempo i "indiańskie" krzyki wpadają w ucho szybko. Nie bez powodu "Can't Keep" zostało wybrane drugim singlem z albumu. Następnie mamy "Sleeping By Myself". Tempo dalej jest dość szybkie (jak na płytę). Miły dla ucha utwór, choć smutny...

"forever be sad and lonely... I'll be sleeping by myself tonight".

Cała płyta jest wypełniona tekstami o miłości w różnym znaczeniu - tej nieszczęśliwej, spełnionej, marzeniach o niej, rozstaniach i powrotach... Widać, że Eddie (świeżo upieczony mąż) zakochany jest po uszy. "Without You" jest jednym z tych kawałków o tej nieszczęśliwej.




"I'd never be the same without you"..

Jest on zarazem drugim najdłuższym kawałkiem (aż 3:19). Niestety, jednym uchem wpada, a drugim od razu wypada... To samo niestety tyczy się także następnego "More Than You Know". Jest on niestety bardziej monotonny niż poprzednik. "Whether I'm right, whether I'm wrong, I need you so, more than you know" - bardzo miłe, choć mało poetyckie słowa. "Goodbye" jest jednym z tych, które były znane już wcześniej. Tym razem autor śpiewa o rozstaniu.

"And the sun, it may be shining
There's an ocean in my eyes
Cause I know that this is goodbye "

Aż się smutno robi. Dalej mamy "Broken Heart", w którym Eddie tłumaczy "I'm alright, it's just tonight" mimo złamanego serca. Mam nadzieję, że to naprawdę tylko chwilowe. Nowy album Pearl Jam podobno na horyzoncie, a ostatni "Backspacer" nie jest do końca tym, czego od nich oczekiwałem (mimo olbrzymiego komercyjnego sukcesu). Ale wracając, utwór ma fajne, instrumentalne zakończenie. "Satellite" również ma już kilka lat. Jest bardzo ładnie zaaranżowane. Raz jest spokojnie, a następnie napięcie się podnosi i pojawia się dwugłos.

"I've been saving my love for you"

Aż się słodko robi. "Longing To Belong" jest najlepszym autorskim utworem na płycie. Bardzo dobry wybór na pierwszy singiel. Dodatkowe wsparcie wiolonczeli nadaje koloru. Świetny utwór! Przynajmniej nie wypada od razu z głowy tylko zostaje w niej na jakiś czas. Eddie przypomniał sobie co to znaczy dobra kompozycja. Ciekawostką jest kolejne "Hey Fahkah". Nie powiem na temat utworu nic. Sprawdźcie sami! :) Po nim przechodzimy do szybkiego i melodyjnego "You're True".

"You could be the one to liberate me from the sun
So please, give the moon to me"

To kolejny dobry utwór. Warto zwrócić uwagę na to jak Eddie operuje swoim głosem. Słychać, że jest w formie. Przechodzimy do "Light Today", które zaczyna się wyciszone i robi głośniejsze.

"I saw the light today!"

Ma ochotę krzyknąć Eddie. Nie zrobił tego, ale przynajmniej utwór mu wyszedł. Tak samo cover "Sleepless Nights" wykonany wspólnie z Glenem Hasnardem z zespołów The Frames oraz Swell Season (tak, to też ten pan od ścieżki dźwiękowej z "Once"). Oba głosy dobrze współbrzmią. Jestem ciekaw, czy podczas wspólnej trasy w czerwcu pokuszą się o więcej wspólnych wykonań. Miejmy nadzieję. "Once In A While" jest ostatnim klasycznym kawałkiem napisanym przez Veddera na "Ukulele Songs". Niestety, po "Sleepless Nights" mamy obniżenie poziomu. Utwór w zasadzie do odstrzału na moje... Po nim mamy krótkie, instrumentalne "Waving Palms", które jest intrem do pięknego "Tonight You Belong To Me". W tym klasyku głosu udzieliła Cat Power. Troszkę słabo brzmi na moje. Wolę wersję jaką Eddie wykonał razem z Janet Weiss (perkusistka Sleater-Kinney). Przy "Longing To Belong" napisałem, że jest najlepszym autorskim utworem tutaj. Jednak ogónlie najlepszy utwór to cover standardu jazzowego "Dream A Little Dream". Zakochany Eddie żegna się z nami bardzo niskim głosem, wręcz szeptem. Wiele osób uważa, że brzmi tutaj jak Tom Waits. Coś w tym jest.

"Say nighty-night and kiss me
Hold me tight and tell me you’ll miss me
'Cause I’m alone and blue as can be
Dream a little dream of me"

Romantycznie nam się zrobiło. Jeżeli jeszcze nie śpimy to czas na werdykt... Płyta jest bardzo monotonna, ale słucha jej się przyjemnie. Najlepiej w zaciszu domowym podczas odpoczynku. Dlatego zdecydowałem się na ten "usypiający" wstęp. Płyta nie da słuchaczom kopa energii, ale napewno pomoże odpocząć po ciężkim dniu. Co ważne, druga jej część jest zdecydowanie lepsza. Mi osobiście się podoba, ale nie jest wybitna. Daleko jej do "Into The Wild". Mam nadzieję, że ewentualne braki weny podczas tworzenia "Ukulele Songs" zostaną wynagrodzone w postaci świetnego albumu Pearl Jamu, który być może ukaże się jeszcze w tym roku. Tymczasem, po przesłuchaniu "Ukulele Songs", życzę Wam dobranoc...

 Michał Kłosowski

czwartek, 16 czerwca 2011

Ulubiona płyta polskich filmoznawców


Myslovitz - Nieważne jak wysoko jesteśmy [2011]


W stosunku do Myslovitz nigdy nie byłam obojętna, wprost przeciwnie, to moja pierwsza wielka muzyczna miłość. Nie oznacza to jednak, że podchodzę do twórczości mysłowiczan bezkrytycznie, czasami drażnił mnie fakt, że są najpopularniejszą polską grupą grającą muzykę zbliżoną do rocka – naprawdę, komercyjne stacje radiowe obrzydziły chyba wszystkim wszystkie single z Miłości w czasach popkultury oraz Acidland. Ostatnia płyta wydana przed zawieszeniem działalności, a więc Happiness is easy święciła triumfy popularności, którą zresztą Myslovitz otoczone jest od dobrych dziesięciu lat. Na długo zapowiadaną płytę, Nieważne jak wysoko jesteśmy, czekałam z mieszanymi uczuciami. Gorzej – poważnie obawiałam się papki radiowej, lekkostrawnych nut w zestawieniu z pseudowzniosłym tekstem., kolejnych żniw platynowych płyt  raczej z rozpędu, jaki nadała grupie sama ich marka. Z zaskoczeniem stwierdzam, że się zdziwiłam.

Przede wszystkim zaskakujący jest fakt, że ta płyta nie nadaje się raczej do katowania nią słuchaczy najpopularniejszych polskich rozgłośni. Wymaga ona przede wszystkim refleksji, a skłaniają do niej nie tylko teksty, już dojrzalsze, choć ciągle tak charakterystyczne dla Myslovitz, ale również – sam dźwięk, zbliżony jednak do pierwszych wydawnictw, chociaż chwilami wydaje się, jakby to Radiohead śpiewało po polsku. Przez to słuchacz może mieć wrażenie, że płyta jest nierówna, jakby lawirująca, pozbawiona jakiejś spójnej wizji nagrania. Przykładowo, Skaza, utwór otwierający płytę, wydaje się być świetnie dopracowany muzycznie, ale wyraźnie brakuje mu charakterystycznego refrenu, natomiast Srebrna nitka ciszy, bez perkusji, to nadspodziewanie liryczny kawałek. Z kolei Blog filatelistów polskich, zwłaszcza przy końcówce, przywodzi na myśl mocny koncert w windzie, która utknęła między piętrami wieżowca – jest ostro i nieco klaustrofobicznie. Urzekła mnie zaś piosenka Przypadek Hermana Rotha, choć tak przypominająca w klimacie Radiohead, oraz singiel Ukryte, wbrew panującej opinii o premierowych utworach, że nie są najlepsze, jest bardzo dobry, taki bardzo… myslovitzowy.


 
Paradoksalnie, najbardziej drażniącym – przynajmniej mnie – elementem płyty są tytuły piosenek. Fabularyzowane albo wprost odnoszące do filmów, znajduje to poniekąd odbicie w tekstach, bo i one nie są o niczym, a prezentują jakąś historię. Uszczypliwie stwierdzić można, że to jest właśnie ten ukłon w stronę słuchaczy traktujących zespół trochę tak, jakby teksty pisał im sam Coelho. Z drugiej strony, każdy szanujący się fan wie, że na fascynacji filmem wykształcił się ten charakterystyczny styl, bez fascynacji X Muzą nie byłoby wielu wcześniejszych kawałków – wystarczy wymienić Peggy Sue nie wyszła za mąż albo Myszy i ludzie. Ot, element stylu, przyjmuję to niejako z dobrodziejstwem inwentarza – Myslovitz takie po prostu już jest.

 Powyższe dwa akapity to zaledwie impresja po dwukrotnym przesłuchaniu krążka. Mało to w porównaniu z sytuacjami, że całe płyty znam co do sekundy, ale album Nieważne, jak wysoko jesteśmy właśnie się ukazał, po prawie sześcioletniej przerwie. I chyba właśnie ten olbrzymi odstęp czasowy – dla jakiegokolwiek innego zespołu, o mniej ugruntowanej pozycji, byłoby to samobójstwo sceniczne – sprawia, że nie waham się powiedzieć, że to dobra płyta. Może nie najlepsza w dorobku, ale niewątpliwie dobra.


 Ewelina Szczepanik  



środa, 15 czerwca 2011

Arctic Monkeys ssą?

Arctic Monkeys - Suck it And See [2011]

O Arctic Monkeys można pisać dużo. Kiedy zadebiutowali kilka lat temu, z marszu okrzyknięci zostali nową nadzieją dla brytyjskiej muzyki alternatywnej, pisząc chwytliwe, pełne dowcipnych podtekstów utwory, inteligentnie komentując codzienność z punktu widzenia przeciętnego 20-latka. ‘Jeśli nie jesteś Brytyjczykiem, nigdy w pełni ich nie zrozumiesz’ – powiedział mi wówczas znajomy. Od albumu o tytule zbyt długim żeby go cytować minęło kilka lat i próżno liczyć teraz na utwory, jakie pisali kiedyś. ‘Suck It and See’ – zachęca skromna okładka czwartego studyjnego longplaya (nota bene zbyt dwuznaczna dla jakże purytańskich Amerykanów). I’ve sucked. I?

Przy pierwszym przesłuchaniu album nie robi szczególnego wrażenia. Przy drugim i trzecim również nie. Brakuje na nim wyróżniającego się akcentu, ‘albumowego headlinera’, który pociągałby za sobą całą resztę, mamy natomiast kilka bardziej i kilka mniej przyjemnych piosenek. Do miana najsłabszego ogniwa pretenduje hipnotyczne ‘Brick By Brick’, przez samą jednak kompozycję, bo śmiało by stwierdzić, że perkusista Matt Helders na wokalu wypada rewelacyjnie. Pozostaje tylko czekać na lepsze wykorzystanie jego potencjału. Pomimo gościnnego udziału Josha Homme, ‘All My Own Stunts’ również należy do słabszych pozycji, podobnie jak ‘Library Pictures’. Ambiwalentne uczucia wzbudza grunge’owe ‘Don’t Sit Down ‘Cause I’ve Moved Your Chair’ – głośny, zaczepny utwór, który z czasem zaczyna jednak irytować.

 

Plusy? Zdecydowanie otwierające album ‘She’s Thuderstorms’ ze swoją stosunkowo lekką, uroczą melodią. Na uwagę zasługuje też tytułowe ‘Suck It and See’, w którym Turner po raz kolejny udowodnił, że jego autorskie teksty są absolutnie nie do podrobienia. Miłym akcentem jest ‘Piledriver Waltz’, utwór z solowego projektu frontmana, będącego ścieżką dźwiękową do filmu ‘Submarine’. Wersja zinterpretowana w specyficzny dla nich sposób przez cały zespół dobrze wpasowuje się w kanwy albumu i nabiera charakteru.
Czy ‘Suck It and See’ to zaskoczenie? Niekoniecznie. W takim kierunku zespół muzycznie podąża od ‘Humbug’, natomiast tekstowo… czego innego można było spodziewać się po albumie tworzonym w głównej mierze w luksusowej willi w Los Angeles? W ‘Whatever people say I am (…)’ zespół opowiadał historie, komentował, wyśmiewał. ‘Suck It and See’ zostawia pewien niedosyt, brakuje mu rockandrollowej finezji. 

Pomimo niewątpliwego talentu Turnera do tworzenia zgrabnych wersów, odniosłam wrażenie, że nowy album to bardziej opowieść o miłosnych fascynacjach autora i fanaberiach nad kuflem piwa, niż coś, co miałoby wzbudzić u słuchacza reakcję głębszą niż: ‘no tak, fajnie’. Nie odmawiam czwórce z Sheffield życia w splendorze sukcesu i wybicia się z garażowego grania w wieku zaledwie kilkunastu lat, ale wraz z tym biegnie ścieżka rozwoju ich muzyki, wolę więc wrócić do Arctic Monkeys sprzed piętnastu okładek w NME i słuchać o czymś, co jest mi zdecydowanie bliższe.


Monika Ziobro