Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felieton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felieton. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 sierpnia 2011

WHEN SOMEONE GREAT IS GONE


 Drugiego lutego 2011 nieaktywny od czterech lat duet blues-rockowy The White Stripes zamieszcza na swojej stronie oficjalne oświadczenie o zakończeniu jakiejkolwiek działalności. Dwudziesty drugi lutego przynosi wieści od Maxi Jazza, współzałożyciela legendarnej grupy Faithless; wieści równie przygnębiające - Maxi oświadcza koniec występów live ze swoją grupą, która od tej pory będzie spotykać się z fanami tylko przy okazji DJ-setów. Drugiego kwietnia swoim pożegnalnym koncertem, będącym podsumowaniem trwającej dziesięć lat kariery, ostatni raz wielbicielom kłania się dowodzony przez Jamesa Murphy'ego kolektyw dance-punkowy LCD Soundsystem. Przybliżamy sylwetki oraz twórczość grup muzycznych, od których możemy już nigdy nie usłyszeć niczego nowego.



Ach, ten Jack White! Czymże byłaby muzyka gitarowa XXI wieku bez niego? The Raconteurs, The Dead Weather, a także ten najważniejszy - The White Stripes, to projekty muzyczne, które odmieniły oblicze rocka i pokazały, że jest życie po Zeppelinach, w erze gwiazd pokroju The Kooks czy Snow Patrol. Wraz ze swoją eks-małżonką (bo chyba każdy wie już, że Meg White siostrą Jacka nie była?) stworzył duet blues-rockowy, którego kolejne albumy, od debiutanckiego "The White Stripes" z 1999, aż po ten ostatni, "Icky Thump" (2007) były uwielbiane tak przez krytyków, jak i przez masy. Masy, które zbierały się w kilkudziesięciotysięcznym tłumie by obserwować na żywo to, co standardowy fan muzyki po koncercie The White Stripes nazywał swoim najważniejszym doświadczeniem z muzyką na żywo. Historia powstania The White Stripes tak, jak i ich droga ku topowi list sprzedaży albumów, jest raczej nietypowa. Jack Gillis, bo tak brzmi kawalerskie nazwisko White'a, poślubił Megan White we wrześniu 1996 roku, a następnie przyjął jej nazwisko. Jack, już do tej pory etatowy członek kilku zespołów garażowych, postanowił spróbować sił w jednej kapeli ze swoją żoną po tym, jak zaczęła ona uczyć się gry na perkusji w 1997. Pierwszy występ nikomu nieznanej kapeli The White Stripes odbył się 14 lipca 1997, 5 dni po dwudziestych siódmych urodzinach Jacka. I, choć udało im się wydać dwa albumy (wspomniany self-titled debiut z 1999 oraz "De Stijl" w 2000.), to dopiero do zachwytów recenzentów nad trzecim, promowanym przez hitowy singiel "Fell in Love With a Girl" wydawnictwem "White Blood Cells", dołączył sukces w tzw. mainstreamie. Jednak wspomniany sukces był niczym na tle swoistej "paskomanii", jaka opanowała obie strony Atlantyku po wypuszczeniu przez White Stripes w 2003 roku "Elephant" sumptem V2 Records. Ta, choć wcale nie deklasująca poziomem reszty płyta, stała się kultową w wielu kręgach w dużej mierze dzięki singlom, jakie można na niej znaleźć. Tak, to dopiero na czwartym albumie Jacka i Meg znajdziemy ich zdecydowanie największy hit - "Seven Nation Army", to właśnie "Elephant" zawiera także "I Just Don't Know What To Do With Myself" (uwielbiane też za teledysk z Kate Moss w roli głównej), czy "The Hardest Button To Button". Po wydaniu "Elephant" wydaje się, że The White Stripes zaczęli spadać po równi pochyłej - dwa kolejne ich albumy, czyli "Get Behind Me Satan" z 2005 oraz "Icky Thump", wydane w 2007 roku, poza kilkoma singlami przykuwającymi uwagę fanów były albumami znacznie słabszymi i trasa promująca ten ostatni została przerwana. Oficjalnie - z powodu stanów lękowych Meg, której przeszkadzały ogromne tłumy, gromadzące się na występach Pasków. Można spekulować, czy tak było naprawdę, czy w istocie Jack i Meg nie poczuli, że uszło z nich powietrze, że nie stać ich na stworzenie niczego więcej na wysokim poziomie i, nie chcąc pozostać kapelą objazdową, po prostu podjęli decyzję o początkowo zawieszeniu, a następnie zupełnym zakończeniu działalności, rozdzielonymi wydaniem w 2010 roku filmu dokumentalnego oraz albumu koncertowego pod tytułem "Under Great White Northern Lights". Choć, jak głosi komunikat na stronie The White Stripes, "należą oni teraz do nas", to i tak wielu będzie brakować zarówno ich aktywności w nagrywaniu albumów, jak i tej koncertowej. Nawet mimo tego, że ciągle mamy Jacka White'a, człowieka tysiąca projektów.

Brytyjska grupa Faithless, składająca się z wybijających się na pierwszy plan postaci Sister Bliss i Maxi Jazza, a także będącego w cieniu, niemedialnego Rollo Armstronga to projekt ludzi, którzy chcieli grać house w czasach trip-hopu. I to właśnie trip-hopowy sznyt, wyraźnie słyszalny w ich tanecznych szlagierach, zapewnił im popularność oraz stał się inspiracją dla wielu artystów tworzących na przełomie wieków. Faithless na szczyt nie dotarli błyskawicznie, wręcz przeciwnie - stopniowo kolejne ich albumy osiągały coraz wyższe pozycje na listach sprzedaży w poszczególnych krajach. Rozpoczęli w październiku 1996 roku dobrze przyjętym albumem "Reverence", który zyskał umiarkowane poparcie krytyków. To właśnie debiut Faithless zawiera uwielbiany przez fanów-nowicjuszów utwór "Insomnia", poza którym wśród najważniejszych momentów "Reverence" jednym tchem wymienia się "Salva Mea" oraz "Don't Leave". Warto zaznaczyć, że "Insomnia" to najczęściej odtwarzany utwór Faithless 15 lat oraz 5 albumów studyjnych po premierze debiutu Brytyjskiego trio. Albumów studyjnych, które nagrywane przez nich były z różnym efektem - krytycy docenili "No Roots", reszta wydawnictw wywoływała z reguły mieszane reakcje. Jeśli jednak czegoś nie można zarzucić Faithless, to na pewno tego, że nie dostarczali wielu hitów, rozgrzewających setki tysięcy ludzi przewijających się przez parkiety świata. Wspomniany "Insomnia", a także "God is a DJ", "Take The Long Way Home", "We Come 1", "Mass Destruction", "Sun to Me",czy "Not Going Home" stawały się szlagierami muzyki tanecznej, jeden po drugim. Ponadto członkowie tej grupy mieli także duży wkład w promowanie młodych artystów - tu sztandarowym przykładem jest przebicie się do masowej świadomości Dido, siostry Rollo Armstronga, która po gościnnych występach na "Reverence" i "Sunday 8PM" podpisała swój pierwszy kontrakt z wytwórnią płytową, a niedługo potem - stała się gwiazdą popu. Nie można zapomnieć o wielkiej estymie, jaką cieszyły się występy Faithless na żywo i to właśnie tego będzie z pewnością znacznej części fanów Maxi Jazza i spółki brakować najbardziej po ich przemianie w kolektyw DJski. Za szczęśliwych mogą uważać się ci, którzy urodzili się wystarczająco wcześnie, aby usłyszeć na żywo chociażby "We Come 1". A okazji ku temu Polacy w ostatnich latach mieli jak na polskie realia dość sporo - od open'erowego koncertu w 2005 roku Faithless wystąpili bowiem w naszym kraju dwa razy. Czy jest ktoś, kto może zapełnić lukę, pozostałą po Faithless na scenie muzycznej?

Niewiele jest zespołów, które od razu zyskują tak duże wsparcie prasy muzycznej, jak LCD Soundsystem. Niewiele jest zespołów, które potrafią to wsparcie utrzymywać przy sobie po wydaniu każdego z albumów. Niewiele, wreszcie, jest zespołów, które nie zawodzą swoich fanów i poza niesamowitymi wydawnictwami dają im równie niezwykłe koncerty. Tylko, właśnie, czy LCD Soundsystem można uznać za zespół? To właściwie projekt Jamesa Murphy'ego, założyciela legendarnego już labelu DFA Records, kolekcjonera płyt winylowych i DJa, znanego pod pseudonimem Death From Above (nie mylić z Death From Above 1979!). Zgromadził on wokół siebie wianuszek ludzi, zajmujących się tworzeniem muzyki tanecznej (w tym Ala Doyle'a, znanego z Hot Chip, czy Tylera Pope'a - członka grupy dance-punkowej !!!, de facto wydającej w DFA Records) i nagrał wraz z nimi trzy albumy, z których każdy znajdował się w czołówce niemal wszystkich wiarygodnych podsumowań roku, w którym został wydany. I to właśnie fakt, że aby rozpocząć trasę koncertową, Murphy musiał ściągać wszystkich członków swojej supergrupy z najróżniejszych zakątków świata, ponoć zadecydował o rozwiązaniu tego kolektywu. Tym, co różni rozpad LCD Soundsystem od pożegnania The White Stripes z publicznością jest fakt, że członkowie tego zespołu nie wykluczają pojedynczych kolaboracji w przyszłości - na kolejny album nie powinniśmy jednak liczyć. Trzeba się więc cieszyć tym, co mamy, a mamy wiele - wspomniane wcześniej trzy albumy, pozostawione nam przez Murphy'ego i jego przyjaciół, to debiut, zatytułowany po prostu "LCD Soundsystem" (2005), a także "Sound of Silver" (2007) i "This Is Happening" (2010). Szczęśliwcy mogli zobaczyć Człowieka, Posiadającego Więcej Płyt niż Ty (wniosek na temat Murphy'ego, wyciągnięty po zapoznaniu się z tekstem "Losing My Edge") w Polsce, w 2007 roku, podczas gdyńskiego festiwalu Open'er. Ci mniej szczęśliwi, bądź po prostu zbyt młodzi, będą musieli zadowolić się zapisem pożegnalnego, trwającego niemal cztery godziny koncertu (notabene poprzedzonego przez kontrowersje w postaci ogromnej bulwersacji Murphy'ego z powodu koników, wykupujących masowo bilety na pożegnalny występ LCD Soundsystem w Madison Square Garden, a następnie odsprzedających te bilety za niebotycznie wysokie kwoty - spowodowało to ogłoszenie trzech dodatkowych pożegnalnych koncertów, poprzedzających ten w MSG), który to zapis swobodnie buszuje sobie w sieci i wydaje się wręcz prowokować, by zostać wydanym przez wytwórnię Murphy'ego na DVD. Poza wspomnianymi pamiątkami po LCD Soundsystem dbać o to, byśmy nie tęsknili za tym wybitnym projektem mają artyści wydający w DFA Records i zazwyczaj dzielący poglądy na muzykę z szefem, a właściwie, Szefem, tej wytwórni. Nie zanosi się jednak na to, aby ktokolwiek zasłużył na zajęcie dance-punkowego tronu po królu Jamesie w najbliższym czasie po, stanowiącym smutną datę końcową pewnego ważnego okresu w historii muzyki XXI wieku ósmym kwietnia 2011.

Łukasz Krogulec

wtorek, 19 lipca 2011

Rok temu


Rok temu, 16 maja, zadrżały serca wielu fanów ciężkich brzmień z całego świata. Legenda heavy metalu, niezapomniany głos i członek legendarnej grupy Black Sabbath przeszedł na drugą stronę. Nie usłyszeli o tym ludzie w tvn24, nie było wyścigu w innych komercyjnych stacjach o to, kto pierwszy przekaże tę smutną wiadomość, jak miało to miejsce po śmierci Jacksona. No cóż, pop zawsze był lekkostrawny, rock i metal – niekoniecznie. Ronnie James Dio, twórca słynnych różków pokazywanych przez fanów metalu na całym świecie.
Ponad rok od tego wydarzenia naszła mnie pewna smutna myśl. To fakt, że ten człowiek nie nagra już żadnej płyty. Myśl ta nadeszła tak późno, gdyż wcześniej nie znałem dokładnie jego twórczości, zawsze wolałem Sabbathów z Ozzy’m za mikrofonem, Dio solo nie był tak fascynujący. Czas płynął a ja w końcu dojrzałem do wysłuchania tego ogromnego zbioru wspaniałej muzyki. Żałuję, że tak późno…
  
Dio w początkowych latach swojej kariery grywał na trąbce, próbował także swych sił jako basista. Pierwszym wartym zgłębienia etapem, w którym możemy usłyszeć głos Dio był zespół Elf. Grupa ta często otwierała występy wielkich gwiazd rocka jak np. Deep Purple. Warto posłuchać ich muzyki, jest to całkiem miły dla ucha blues rock, a głos Dio idealnie doń pasuje. Ten etap był bardzo ważny w życiu Ronnie’go, gdyż podczas supportowania „Purpurowych” na piękny, głęboki głos Dio uwagę zwrócił legendarny gitarzysta Deep Purple - Ritchie Blackmore. To właśnie po jego odejściu i założeniu grupy Rainbow, ich wokalistą został… Dio. Doszli także inni członkowie Elf.

Współpraca z Rainbow to świetne rockowe albumy pełne klawiszowych smaczków i hitów jak „Long Live Rock & Roll”. Cztery lata w Rainbow, cztery świetne albumy i powolne zdobywanie szczytów w świecie rocka. Dio się rozwija. Aż nadchodzi najważniejszy etap…

…Black Sabbath. Legenda ciężkiego grania. Ozzy Osbourne, nie mogąc znaleźć porozumienia z Iommi’m opuszcza szeregi zespołu i poświęca się skądinąd wspaniałej karierze solowej. Do grupy ściągnięty zostaje wokalista Dio i odmienia brzmienie Sabbathów, świetnie wpasowując się w klimat ich twórczości. Nagrany później razem album „Heaven & Hell” uważany jest przez wielu fanów za najlepszy album Black Sabbath, a przynajmniej większość zgadza się ze stwierdzeniem, że jest to najlepszy album Black Sabbath bez udziału Ozzy’ego. To właśnie w czasie współpracy z tą grupą Dio rozpowszechnił gest zwany „diabełkiem” przez wielu niesłusznie uznawanym za „znak szatana”. W jednym z wywiadów Dio stwierdził, że nie ma to żadnego związku z satanizmem. Opowiadał w nim, że to przesądna babcia nauczyła go tego gestu, który miał odpędzać złe uroki. Jaka jest prawda, nie wie nikt, ale prawdą jest, że Dio był głęboko zafascynowany magią, czego nie ukrywał, a co odzwierciedlenie znalazło w tekstach utworów nagrywanych pod szyldem Dio.

Kolejne świetne albumy z Black Sabbath to „Mob Rules” i potężny, monumentalny, metalowy na całego „Dehumanizer”, które świetnie się sprzedawały.
Dio poświęcił się także solowej karierze z własnym zespołem, który za nazwę przyjął pseudonim wokalisty. Najlepszy ich album to „Holy Diver”. Jeśli ktoś nie słyszał utworów „Rainbow In The Dark” czy tytułowego „Holy Diver” to szczerze polecam. Można nie lubić takiej muzyki, ale te utwory… wpadają w ucho!

Ostatni album, na którym usłyszeć można Dio to nagrany ze znajomymi z Black Sabbath pod szyldem „Heaven & Hell” (Osbourne rościł sobie prawa do nazwy Black Sabbath) album „The Devil You Know” (2006 rok) . Jest równie świetny jak wszystkie inne. Na warszawskim Torwarze fani mogli więc ostatni raz zobaczyć i usłyszeć na żywo Dio, trafił on tu bowiem z grupą podczas trasy koncertowej promującej album. Czekano na kolejne znakomite albumy odrodzonej formacji… Dio przegrał jednak walkę z rakiem żołądka.

Nie odszedł artysta, odszedł Artysta. To już ponad rok…


 Sebastian Ptaszyński

piątek, 15 lipca 2011

Eurowizja po naszemu



Jest to przegląd kontynentu europejskiego, a konkretniej Internetu w poszukiwaniu świeżej krwi. Tych nowych (młodych lub trochę starszych) fajnych zespołów, które chcą być poznane. Bez obciachu mogą grać poza swoim terenem. Kim należy się pochwalić?


Ej, ten zespoł… skąd są? Częste pytanie. Można śmiało strzelać wsłuchując się w akcent. Większość kapel czy pieśniarzy, których słuchamy w tysiącach i milionach odtworzeń pochodzi z Wielkiej Brytanii lub USA, ogółem. Lubimy też reprezentantów Kanady oraz Australii. Statystyki sobie, a można pogrzebać nieco bliżej. Czasami warto sprawdzić coś nowego




Otagowani w Skandynawii

Właściwie kraje skandynawskie to oddzielna działka. Nie mają problemów w produkowaniu, promowaniu swojej muzyki. Można by wymieniać znane nazwy. Dużo przestrzennej elektroniki, przyjemnego indie popu i nieco rocka - w tym się specjalizują.

Jak to śpiewają w pewnym kawałku… Sweden made of bands. Tyle tam tego, że lista długa.


Z pewnością w sklepach Ikei mają co puszczać. Ja podam tylko dwa typy: Those Dancing Days to piątka samych dziewczyn. Są ze Sztokholmu, a zaczęły kombinować już w liceum. Tak od około sześciu lat tworzą sobie zespół grający twee pop. Tylko trochę przesłodzone, wyglądające jak żywa reklama H&M, lecz miłe dla ucha. Podobno (jak wyznały w jednym z wywiadów) najgorsze w żeńskim bandzie są miesiączki, wiadomo ból. Nie tak dawno, bo w lutym wyszła ich druga płyta Daydreams & Nightmares. Promuje go całkiem fajny singiel Reaching Forward. Na wzmiankę zasługuje też One Day Forever z gościnnym wokalem Orlando z The Maccabees. W 2010 grały na grudniowej edycji Bowlie Weekender w ramach All Tommorow Parties. Zespół Belle & Sebastian ich polubił i wytypował ich do udziału w nim. Z ostatnich wieści: w marcu pojechały do USA, a konkretnie do Austin
w Teksasie na znany festiwalu SXSX.

Dalej wskazanie na Golden Kanine poskładali się w roku 2006 i to co grają najogólniej można określić jako indie rock. Różne motywy muzyczne wynikają z rozmaitości używanych instrumentów. Zaczepili się w niemieckiej wytwórni i tam też najlepiej się wypromowali. Na koncie mają dwa krążki, w tym ostatni Oh Woe! miał premierę w kwietniu. Dobrze rokują.




Z kolei o Danii mówi się teraz, że robi się nową Szwecją. To tu obserwowany jest wysyp ciekawych artystów. Nie mam na myśli Czesława, który Śpiewa i ocenia. Polecam sprawdzenie strony Dobrebodunskie na blogspot, bo sama nie ogarniam wszystkich. Oprócz opisanych poniżej nadmienię tylko soulowy Quadron czy już bardziej znany mogący się chwalić nominacją do nagrody Grammy zespół Oh No Ono.

Chimes & Bells to projekt Cćcilie Trier – multiinstrumentalistki z charakterystycznym głosem, który działa od trzech lat. Dziewczyna mimo swoich 26 lat grywała już z powodzeniem
w innych zespołach (między innymi Choir of the Young Believers). Ma za sobą wydaną epkę Into Pieces Of Wood oraz debiutancki album. Za pomocą melodii powoli buduje nastrój tajemnicy, który zaciekawia. Z takiego talentu może być coś dużego!

Na parkiet zaciągnąć próbuje Vinnie Who. Cienką barwą Niels Bagge Hanse wyśpiewał
i zatańczył Then I Met You . To na razie jedyna pozycja w jego dorobku, teraz nagrywa nowy materiał. Jego dźwięki mogą irytować, ale nie sposób ominąć ich obojętnie.


Pierwsze skojarzenie z Norwegią jest czysto geograficzne, drugie to Erlend Řye. Są też inni muzycy w tym kraju. Chcąc podszkolić swój norweski należy włączyć Casiokids. Istnieją od 2004 roku


i zjeździli już dużo festiwali w Europie i Ameryce. Energetyczna mieszanka bitów nieźle sprawdza się na żywo, o czym można było się przekonać w minione wakacje w Katowicach. Z ostatnich newsów: 14 kwietnia obchodzony był Międzynarodowy Dzień Sklepu Muzycznego. Chłopcy nagrali kawałek London Zoo, który ukazał się na wspólnym winylu z Of Montreal, wydanym z tej okazji.


Na klip Big Day kogoś o nazwie Torgny trafiłam przez tablicę facebookową. Na tyle fajna próbka, że teraz już wiem kto stoi za tym elektronicznym projektem. Torgny Amdam to muzyk obeznany, wyrobił już sobie nazwisko w Norwegii. Teraz wychodzi z płytą Chamelon Days. Może nie jest to nagranie miesiąca, ale tygodnia już tak.

Young Dreams powstał ze współpracy zdolnych muzyków, którzy przychodzi do tego samego pubu. W dźwiękach ulatnia się mnóstwo młodości. Widziałam ich jedyny jak dotąd teledysk: oprócz dzieciaków, był Furby! Powrót do beztroskich czasów i wspomnienia z zabaw. W kwietniu wyszła epka, na jesieni będzie cały album. Koniecznie słuchać efektów!

Mocno stoi scena muzyczna kraju w kształcie wieloryba, czyli Islandii. Surowy klimat i pyły wulkaniczne mają dobry wpływ na inspiracje bądź nudę wyspiarzy. Wiele blogów o tym, tam szukać.

Nieco lepiej znany FM Belfast, szczególnie po ostatnim występie na OFF Festiwalu. Swoją energią dosłownie zaparowali namiot. W ich CV widnieje rok 2005 jako czas powstania. Od tamtej pory wydali tylko jeden krążek How to make friends i zagrali mnóstwo koncertów. Studyjnie brzmią dużo spokojniej. Za pewne jeszcze więcej znajomych przybędzie im po następnej płycie. Dzieło pod tytułem Don’t want to sleep ma się ukazać w czerwcu.



1/3 My Bubba & Mi jest islandzka, ale reszta też skandynawska – więc pasuje. Dziewczyny lubią być retro. Folkowo wydanego How it’s done in Italy słucha się wyjątkowo miło, trochę jak kołysanek do snu. Warto sprawdzić nagrany przez trio nietypowy cover Peaches.

Dalej w folkowym klimacie: Of Monsters and Men. Dali się poznać po chwytliwym utworze Little Talk (swoją drogą przypomina nieco manierę Edward Sharpe & Magnetic Zeros). W 2010 zwyciężyli w przeglądzie zespołów (Músiktilraunir). Zapowiadają się nieźle, na przełomie maja/czerwca liczę na potwierdzenie tego na ich debiucie.

Po sąsiedzku

Chciałabym polecić coś naprawdę dużego, lecz nie da rady. Jakoś mało widoczni są ci nasi sąsiedzi. Na południu czeski sen? Niezupełnie. Jak ktoś tu gra to zazwyczaj swojsko. Rzucam nazwę DVA. Ten niepozorny duet koncertował niedawno w Polsce, a w sierpniu wpadają znowu, by wystąpić na festiwalu Artura Rojka. Na żywo eksperymentują z folkiem i elektroniką, zarażają energią. Średnio moja bajka, ale może się podobać. Jest jeszcze intrygujący Fiordmoss z Brna. Petra i Roman zdecydowali się na zespół, po tym jak spaliło się ich mieszkanie, a wraz z nim gitara i winyle. Ona piszę piosenki, on komponuje = gitara z nutą elektroniki. Nagrali na razie epkę, w planach koncerty oraz pełny album.

Z Litwy kojarzy się jedynie charyzmatyczna Alina Orlova. Rudowłosa gra na pianinie, porównywana bywa do Reginy Spector. To jej spokojniejsza wersja. Wydała dwie płyty, ostatnia Mutabor (2010). Na początku maja wystąpi w Gdańsku.




Jak Rosja to zapewne jakiś post-rock, na przykład Mooncake. Na wakacyjnej trasie zahaczają o Polskę. Chyba chcą się u nas wypromować - poszli śladem Everything is made in China, do których są zresztą porównywani.


Gosia Gburczyk 

środa, 6 lipca 2011

Open'er inaczej

W trakcie openerowego szaleństwa muzycznego przyszło nam na myśl z naczelnym, że trzeba poszerzyć formułę New Anthem. Dużo u nas informacji, dobre i treściwe, ale tylko o jednym.Wyszło więc, że to ja jestem najmniej uzależniona od fejsbuka, że zawsze się spóźniam z recenzją fajnego kawałka czy płyty. Nie wspominając o koncertach, na które... ah szkoda gadać. Dlatego też ja zadebiutuję z nową rubryką. Tak więc nasi drodzy czytelnicy, od dziś macie szansę zacząć poznawać teksty w sumie o niczym konkretnym. O rzeczach mniej lub bardziej ciekawych, o tym, o czym mi się przyśni. Możecie doszukiwać się kunsztu artystycznego i talentu samej autorki. Jednak nie warto. Zaczynamy!

Nurtujący temat na dziś: inaczej o openerze

W kwestii festiwalów za dużo mówić nie mogę. Jestem wręcz debiutantką. Jednak do dziś wszyscy żyjemy w aurze Heinekena, więc i ja postanowiłam mieć swój wkład w szerzenie info o tym przedsięwzięciu. Open'er istnieje już 10 lat. Jak wszystko na tym świecie czasami zaskakiwał, czasami męczył. Miał swój moment geniuszu (rok 2009), a teraz po prostu miał swoje Coldplay. I to właśnie Coldplay (plus darmowy bilet) skłoniły mnie do udziału w tegorocznej edycji. Pierwszym problemem miały być dla mnie niesamowicie długie kolejki. Miały być wszędzie, miały mi się śnić. Miały być też problemy z ciepłą wodą i żarciem. No z prądem niby nie, ale to wkręciłam sobie sama. Ogólnie rzecz ujmując miały być, kurwa problemy ze wszystkim. Z takim pozytywnym nastawieniem zjawiłam się w czwartek w Gdyni. Na miejscu okazało się, że problemów nie ma z niczym. Kolejki są wymysłem chorej wyobraźni Budynia, wody ciepłej mam pod dostatkiem ( w sumie wody w ogóle jest dużo), nie umrę z głodu przez kolejne 4 dni. Idealnie sobie myślę, ale gdzieś musiał być haczyk. No to może coś nie tak z atmosferką na polu namiotowym. I tu również nie! Ochrona zawsze szczerze wspomogła, gdy rano włóczyłam się w poszukiwaniu namiotu. Nie ukrywam, że znajomości w ich sferze nawiązałam chyba najwięcej. Idąc tokiem problemowego myślenia sądziłam, że spotkam wielu nawalonych i obleśnych gości, dookoła mnie unosić się będzie woń zielska (no okej, to akurat nie problem), a z krzaków wyskoczy psychopata gwałciciel. Hm... nic z tego. Alkohol był wszechobecny, ale pijanych gości o połowę mniej niż po festynie parafialnym w Kcyni. Trawy w sumie nikomu nie brakowało, jednak panował swoisty ład i porządek w organizacji. Same pozytywy jak dotąd. Minęły mi całe 4 dni na tym, żeby doszukać się czegoś negatywnego... Piątkowa pogoda! no ale to nie jest zależne od organizatorów, więc nie skrytykuję. Znalazłam jednak ludzi, nieco wkurzających, tych którzy podobno dobrze się ubierają. Myślę sobie brawo. Ale właściwie większość z nich swojego stylu nie ma. Niby to żaden problem, bo dobrze dopasowane rurki w jaskrawym kolorze fajnie wyglądają z równie jaskrawą marynarką. Okulary czy to ray bany czy rej beny też twarzowe i dla każdego. Ale że czemu?

Wyrażam siebie poprzez mój strój mówi seksowny gej z dekoltem, to samo powie trochę mniej seksowny heteryk z tymże dekoltem. I nie zmierzam tu do płytkich uogólnień, ale po co to komu, co to za wyrażanie. Brakowało im tego pieprzonego stylu własnej osobowości. Jest to, co znajduje się na okładce, zero kreatywności. Trendy w Polsce są nieco opóźnione. Niby to się zmienia i ewoluuje. Podczas koncertu MIA widzę laski w gaciach, którym za moment wyskoczą zęby, bo nie nadążają ze zgrzytaniem. Są faceci, z torebkami pełnymi chusteczek higienicznych. Są nawet w deszczu lanserskie sandałki (no dobra, hitem okazały się kalosze w stylu powrotu do źródeł, ale sandałki też były). Są ci wszyscy, którzy patrzą z góry, założyciele szafiarskich blogów, ciągle pokazujących ten sam zestaw, ze zmieniającym się kluczowym elementem czyli paskiem (ale na festiwalu urządzają spotkanie dla „fajnych”) Przechodząc do sedna.
Czwartek – ciepło, bez wiatru, ogólnie rzecz biorąc zajebiście. Golfik, grube getry, na to kamizelka i kapelusz, koniecznie buty, w miarę ciężkie. Piątek – zimno w chuj, pada non stop. Lekka bluzka, ostro rozpięta, krótkie szorty i fajne, delikatne buty... znajdzie się też chusta (oh... pada). Sobota – pogoda się poprawia, strój też, tyle, że z powrotem na zimny, nie wspominając o niedzieli.
Żeby jednak nie było tak źle, na Heinekenie z kolegą Budyniem wyszukaliśmy fajnie ubranych ludzi, wpasowujących się w klimat. Szczególnie słodka była parka w stylu retro i laski w odjechanych rajstopach. Ci ludzie byli zaskoczeni naszym zainteresowaniem, chętnie pozowali do zdjęć, z pewną skromnością. Zwykłych też widzieliśmy i nawet takich w kapokach, które spodobały się Brodce. Czyli wychodzimy na pozytyw. Open'er według mnie prawie złych stron nie ma. W sensie organizacyjnym, bo muzycznie zdanie wypowiadają inni, szybsi z NA. :)


Kasia Tomczak 

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Matka o atomowym sercu


            Nie istnieje chyba osoba, która choćby ze słyszenia nie znała legendarnej grupy Pink Floyd. Uważana, za jeden z najważniejszych i najbardziej wpływowych zespołów wszechczasów, oficjalnie rozwiązana została w 2005 r. W dobie prostych, łatwych i przyjemnych dla ucha melodii, które wraz z tekstem tworzą zwykle pokarm dla niezbyt wysublimowanych gustów i ludzi poszukujących „fajnych kawałków”, ciężko byłoby się odnaleźć Watersowi i spółce. Ale kiedyś było inaczej… Zupełnie…
  
            Pink Floyd to grupa założona w 1965 r. w angielskim Cambridge. Do dziś stanowi źródło inspiracji dla wielu wciąż działających grup muzycznych z pogranicza szeroko rozumianego rocka progresywnego. Warto tu wymienić te starsze: Yes, Genesis, jak i młodsze: Dream Theater, Tool, czy Nine Inch Nails. Nagrała wiele genialnych płyt, które do dziś stanowią swoisty pomnik muzyczny lat siedemdziesiątych. Pytając znajomych, którzy choć trochę interesują się muzyką sprzed kilku dekad, o znane im albumy tego zespołu, zwykle uzyskuję odpowiedzi typu: „The Wall” albo „The Dark Side Of The Moon”. Nic dziwnego, płyty te okraszone są wieloma świetnymi utworami i zwykle klasyfikuje się je na listach albumów wszechczasów. Część osób zafascynowana bardziej psychodelicznym graniem uważa, że nie ma nic piękniejszego niż debiutancka płyta „The Piper At The Gates Of Dawn” z Sydem Barrettem jako wokalistą. Trzeba każdemu z nich przyznać rację. Te niebanalne dzieła nigdy nie zostaną wymazane z pamięci, gdyż pokolenie ludzi urodzonych w latach dziewięćdziesiątych coraz częściej odnajduje w piwnicach i na strychach domów swoich dziadków i ojców piękne, czarne, okrągłe winyle zapakowane w lekko pozaginane i zakurzone koperty. Mi także zdarzyła się podobna sytuacja kilka lat temu. Zafascynowała mnie okładka – krowa. Nic więcej, po prostu krowa. Ten album zmienił wiele w moim spojrzeniu na muzykę.
 
            „Atom Heart Mother” to płyta inna niż wszystkie. Czysta magia. Uczta rozpoczyna się od blisko dwudziestopięciominutowej, przepięknej i monumentalnej suity, w której usłyszeć można orkiestrę i chór. Połączenie tych elementów z talentem muzyków rockowych jest jak idealny związek dwojga kochających się ludzi - na chwilę się znudzi, aby za ułamek sekundy na nowo zawładnąć duszą i sercem. Kiedy trwa - jest wspaniale, gdy się skończy – wiemy, że na pewno przyjdzie lepsze. Kolejne trzy utwory to typowe dla wczesnego Pink Floyd psychodeliczne, progresywne granie. Intrygują. Warto zwrócić uwagę, na świetną atmosferę i kompromis, które panowały podczas tworzenia tego opus magnum. „If” napisał Waters, „Summer 68” Wright, natomiast „Fat Old Sun” – Gilmour. W kolejnych latach nie było to już tak oczywiste. Spory między Watersem a Gilmourem o twórczość doprowadziły do rozpadu grupy. Ostatni utwór, który wybrzmiewa z głośników to forma żartu muzycznego lub, jak kto woli, impresja dźwiękowa. „Alan’s Psychedelic Breakfast” to… ogłosy przygotowywania śniadania! Przeplatane pięknymi melodiami tworzą niespodziewanie spoistą całość, która jest wspaniałym zwieńczeniem tego nietuzinkowego albumu.
            Roger Waters w jednym z wywiadów stwierdził, że nie byłby specjalnie zawiedziony, gdyby wszystkie taśmy i płyty z nagraniami „Atom Heart Mother” zapadły się pod ziemię albo nigdy nie ujrzały światła dziennego. Do dziś album budzi skrajne emocje wśród fanów Floydów. Jedni uważają go za szczyt twórczości grupy, inni zaś, delikatnie mówiąc, nie przepadają za nim. Ciekawostką jest fakt, że na winylowych wydaniach tego dzieła ostatnie dźwięki, czyli odgłos kropel spadających z niedokręconego kranu zostały zapętlone w taki sposób, żeby mogły być odtwarzane w nieskończoność.

            Jeśli ktoś poszukuje w muzyce czegoś więcej, aniżeli tylko nieskomplikowanych, przyjemnych melodii, powinien jak najszybciej biec do najbliższego sklepu muzycznego i zakupić słynną „Krówkę”. Szczególnie, że zremasterowane wersje na płytach cd można dostać już za 35 zł.


Sebastian Ptaszyński 

środa, 15 czerwca 2011

"Open'erowi mówię papa"

 Pożegnanie z Open'erem



Swojego pierwszego Open’era pamiętam jakby to było wczoraj. A było cztery lata temu. Muzycznie nie byłem jeszcze najlepiej wykształcony. Ale dwie nazwy zadecydowały, że wreszcie tam trafiłem. A był to wówczas prawdziwy, muzyczny raj. Muse i Bloc Party były wtedy mymi ulubiony zespołami. A do tego bestie Boys (ile wrażeń!), Freeform Five, Groove Armada, Bjork I wielu innych. Chłopak dopiero po maturze, który nie chadzał na koncerty trafił na największy festiwal muzyczny w Polsce. Musiał to pokochać.

Jednak każda kolejna edycja nie robiła już takie wrażenia swym ogromem, ale nadrabiała świetny line-up’em. Wraz z Open’erem zmieniał się także mój gust. Lata 2008 i 2009 przynosiły mi wówczas skład marzeń. Ciężko wymienić wszystkie nazwy, które dały mi wiele radości. Pamiętam jednak cotygodniowe wyczekiwanie Ziółkowskiego na antenie Trójki. "Ogłosi Interpol czy nie?!”. Pamiętam ankietę, na którą wpisałem na jesieni 2008 roku 5 zespołów, które bym chciał najbardziej zobaczyć w następnym roku. Tylko jednego życzenia Alter Art. mi nie spełnił.

Jednak już od edycji 2010 zauważyłem regres tego festiwalu pod względem line-upu. Oczywiście z mojego osobistego punktu widzenia. Mój gust muzyczny także zaczął dryfować w innym kierunku, oczy sięgały dalej niż do Gdyni i zauważały inne, świetne festiwale. W zeszłym roku karnet dostałem w prezencie, daleko da pole festiwalu nie miałem, przyjeżdżało wielu znajomych - pojechałem! Ale pierwszy raz to nie koncerty mnie cieszyły najbardziej. To ten typowy openerowy klimat i wspaniali znajomi (których poznałem na festiwalach i tylko tam widuję) z całej Polski sprawili, że to nie były zmarnowane cztery dni. Jedyny koncert, którego nie zapomnę z tamtego roku to przegenialny set 2manydjs. I koniec. To był mój ostatni Heineken Open’er Festival.


Impreza Alter Artu zmieniła oblicze polskiej sceny festiwalowej. Open’er był kluczem, który otworzył Polskę na świat. Wielu wykonawców, którzy pierwszy raz zjawili się w Gdyni powracało wielokrotnie na innych festiwalach czy koncertach. Wielki muzyczny świat zauważył Polskę na swojej mapie. Tego nie można podważyć, nawet jeśli jest się obecnie tak ostrym krytykiem Open’era.

Jednak od tego czasu w Polsce pojawiło się wiele innych, konkurencyjnych imprez. Off Festiwal, Tauron Nowa Muzyka, Freeform Festiwal, Malta Festiwal, Audioriver i wiele innych. Nie pojawiają się tam tak głośne nazwy, ale stanowią dla mnie obecnie znacznie atrakcyjniejszą ofertę. Owszem, na Babich Dołach wystąpią zespoły jakie bardzo lubię (Caribou, Foals, British Sea Power, These New Puritans, The National), jednak jest ich dużo mniej niż w poprzednich latach by mnie skusiło. A wyżej wymienione imprezy nie oferując głośnych nazw zapewniają równy poziom każdego dnia. Kupując karnet na cały Off czy Tauron (tańszy niż jednodniowy na gdyńską imprezę) mam pewność, że każdego dnia będę biegać między scenami, a piwa napiję się sporadycznie z braku czasu.

Moje zdanie coraz częściej podzielają znajomi. Oczywiście, jeszcze mało kto rezygnuje z wyjazdu, lecz coraz więcej to rozważa. Zaś krytykuje już dość sporo. Wieści o występie Prince’a odebrali jako żart. Bo tak byśmy wszyscy potraktowali jego ogłoszenie jeszcze trzy, cztery lata temu. Wtedy line-up był różnorodny, bogaty, tematycznie podzielony (pamiętna stricte elektroniczna niedziela z 2008 roku - Goldfrapp, Massive Attack, The Chemical Brothers). Ziółkowski od dwóch lat dryfuje w coraz bardziej popową stronę. Zauważyć można też coraz większą chęć przypodobania się starszym słuchaczom, o co jednak przyczepić się nie można. Alter Art musi zarabiać, a ściągając nowy "target” powiększa grono odbiorców. Jednak zabiegi te mnie osobiście (i pewną część osób o moim profilu) zniechęcają do zakupu karnetu na Open’era.

Swój wpływ miał na taki stan także rozwój nowych festiwali Alter Artu. Swoją formułę rozwinął Coke Live, którego gwiazdy mogłyby spokojnie uzupełnić line-up festiwalu na Babich Dołach. Elektroniczne zespoły zaczął podkradać Selektor. Idea Open’era znacznie się rozmyła, zmieniła i adresowana jest do nieco innych odbiorców. Oczywiście im więcej imprez w Poslce tym lepiej, jednak zamiast otrzymywać wymarzony line-up w jednym miejscu, terminie i karnecie mam trzy imprezy o średnim składzie, dwie z nich w Krakowie (trzeba dojechać, wykupić nocleg) i trzy razy muszę płacić. Logistycznie i finansowo mocno to zniechęca. A z tych trzech imprez można by zrobić jedną atrakcyjną.

Dlatego z Open’erem się żegnam. Zapewne nie na zawsze. Bo to wciąż jest największy festiwal w Polsce i wierzę, że nie raz jeszcze pozytywnie zaskoczy. I chciałbym znów z wypiekami na twarzy słuchać Ziółkowskiego w Trójce. Bo obecnie czekam tylko na kolejne jego frazesy w stylu "...to jeden z najważniejszych zespołów na świecie…” przy okazji ogłaszania każdego zespołu. Wierzę, że w Kosakowie jest jeszcze dla mnie miejsce. Przeżyłem tam piękne chwile i takowe mnie jeszcze pewnie czekają. Ale nie w tym roku. Kilka dni później jadę na słowacką Pohodę. Tamtejszy line-up też nie zachwyca, ale klimat nadrabia wszystko.

PS. Ja tu tylko marudzę. Ze swojego punktu widzenia...


Maciej Trojanowicz